Recenzja: Blood Code


Informacje podstawowe:

Leia Ephelis trafia do szkoły magów, gdzie spróbuje odkryć prawdę na temat śmierci swojego ojca. Czy to możliwe, że za zbrodnią stoi jeden z wampirów, które zmarły krewny zawsze uważał za honorowe istoty? A może sprawca ukrywa się bliżej, niż dziewczyna podejrzewa? W świecie bliźniaczo podobnym do naszego – o nazwie Mirror World – Leia pozna nowych przyjaciół, zdobędzie niebezpiecznych wrogów, a może również odnajdzie miłość swojego życia.

  • Tytuł: Blood Code
  • Tytuł oryginalny:
  • Data wydania: ZH: 2015-12-29 / EN: 2015-12-29
  • Developer: Weixi Studio
  • Wydawca: ZiX Solutions
  • Pełen dźwięk: chiński
  • Napisy: angielski
  • Mój czas gry: ok. 30 h

Recenzja:

A gdyby tak połączyć dwa niezwykle popularne wśród nastolatków światy? Historię o młodocianych czarodziejach i wampirach w jedno? Przecież to jest w zasadzie gotowy przepis na sukces! W każdym razie tak musiało się wydawać twórcom „Blood Code”, bo jak pomyśleli, tak zrobili i zaserwowali nam grę, która – na pierwszy rzut oka – sprawia wrażenie, jakby miała być spełnieniem marzeń fanów uniwersum Harry’ego Pottera czy „Zmierzchu”.

W grze „Blood Code” wcielamy się z dobroduszną adeptkę magii światła, która dostaje się do prestiżowej akademii pełnej przystojnych, gotowych na robienie zawrotnej kariery czarodziejów i krwiopijców. W czym między jednymi a drugimi panuje coś w rodzaju względnego zawieszenia broni. Wieki temu wampiry pomogły ludziom w walce z demonami, za co w podzięce jakiś tajemniczy bóg Mirror World zdjął z nich przekleństwo życia w ciemności. Dzięki temu – chociaż wciąż posiadające wszystkie swoje moce, w tym obdarzanie innych nieśmiertelnością – wampiry nie muszą się dużej ukrywać i pełnią ważne funkcje w społeczeństwie. Jasne, nie wszystkim taki układ pasuje, ale też nikomu nie spieszy się do wojny.

Tymczasem rzeczywistość młodziutkiej Leii Ephelis (= domyślne imię MC) zostaje wywrócona do góry nogami, gdy odkrywa, że jej ojciec został zamordowany. I jeśli wierzyć przedstawicielom Kościoła, to właśnie przez wampiry, które wdarły się na teren świątyni w bliżej nieokreślonym celu. To dlatego – współpracując ze swoim stryjem – Leia decyduje się szukać sprawców, którzy zbiegli i ukryli się na terenie jej szkoły. A czy ich znajdzie i co w zasadzie dalej z tego wyniknie – tego już nie spoileruję, bo zdradziłabym Wam całą grę.

Mechanicznie „Blood Code” bliżej do daiting sim niż do otome. Cała „zabawa” (cudzysłów celowy, bo to była męczarnia) polega na tym, że zarządzamy tygodniem naszej bohaterki i rozwijamy jej staty. Te są podzielone na rodzaje magii (wody, ognia, powietrza, itd.), tradycyjnie możemy też zdobywać pieniądze – pracując w różnych miejscach, odpoczywać – aby zregenerować energię, chodzić na zakupy, by mieć prezenty dla naszych love boyów lub nowe ciuszki dla bohaterki, albo po prostu wybierać się na randki. Te ostatnie są nudne jak cholera, bo zawsze czytamy te same dialogi, więc bardzo szybko zaczniecie je przewijać w nadziei, że etap „zarządzania” wreszcie dobiegnie końca i pojawią się przerywniki fabularne. W czym powiem Wam szczerze, że bardzo łatwo coś w tej grze spierdzielić, bo poszczególne check pointy wymagane do odblokowania wybranego zakończenia są tak restrykcyjne, że miałam spore problemy z ich zrealizowaniem. Ale też nie uważam się za jakiegoś weterana gier tego rodzaju i całkiem możliwe, że po prostu nie czułam mechaniki… Mnie poratowały po kilku próbach solucje. Wam również polecam się w nie zaopatrzyć.

W każdym razie panów do romansowania mamy w tej produkcji czterech, a ich opowieści podzielone są na szczęśliwe i tragiczne zakończenia. Pierwszym z nich jest idealny Locke – wampir z wielkiego rodu, który jest przy okazji przewodniczącym samorządu studenckiego… I naprawdę niewiele da się powiedzieć więcej na jego temat, bo to taki 100% szablonowy wampir, który mógłby uciec z dowolnego fanfika. Następny, szukający miłości mieszkaniec zaczarowanego świata – to uczeń z klasy magii ognia, o dziwnym imieniu Christ. Pozornie ten chłopak jest zawsze pełen energii i optymistyczny, ale tak naprawdę ma na swych barkach sporo różnorakich zmartwień i problemów. Kolejny, dość dziwny kawaler, to nauczyciel naszej MC – profesor Leo, który miał bardzo nieprofesjonalne relacje ze swoimi wychowankami, ale też był uwielbiany przez wszystkich. A wolnych chwilach dorabiał jako kelner lub szkolna pielęgniarka. Nie pytajcie – zobaczcie sami. Wreszcie, gdy już odblokujemy historie pozostałych panów, to możemy też przejść ścieżkę ukrytej postaci – czyli kolejnego wampira o imieniu Jesse, który był ponurym milczkiem i archetypicznym kuudere. Poza tym wydawał się jakoś zamieszany w sprawę z morderstwem. Ale bez obaw! Nie zdradzę nic więcej.

Sama Leia mocno działała mi na nerwy. Jako jedyna nie jest udźwiękowiona w tej grze, ale może to i lepiej, bo gdyby ktoś czytał te przesłodzone, naiwne kwestie, to mogłyby mi od zgrzytania trzasnąć zęby. To jedna z tych bohaterek, która nawet na stratę ojca reaguje stwierdzeniem, że „papo nie chciałby oglądać moich łez, więc będę się dalej uśmiechać i z życzliwością odnosić nawet do tych, którzy mnie krzywdzą!”. Możecie więc sobie wyobrazić, że trudno taką bohaterkę traktować poważnie, czy w ogóle przejmować się jej losem. Równie dobrze mogłaby być placeholderem. A ta „płaskość” jest chyba zaraźliwa, bo dopadła też postacie poboczne. Np. taka Alison, przyjaciółeczka Leii, to w zasadzie jej charakterologiczny klon. Kolejna optymistyczna, milutka dziewoja…

Czyli, co? Potwierdziliśmy już, że „Blood Code” nie broni się ani gameplayem (może dlatego na Steamie można kupić do DLC – ułatwiaczę) ani fabułą. Może więc chociaż strona wizualna lub dźwiękowa stoi na wysokim poziomie? Nie mam pojęcia, czemu ludzie chwalą CG, może to komentarze pochodzące jeszcze z czasów, gdy na rynku była prawdziwa posucha i wszystko, co chociaż przypominało otome, łykało się jak pelikany rybę, ale mnie te koślawe ilustracje i anatomicznie dziwaczne postaci bynajmniej nie urzekły. Głosy również musiały być albo nagrywane, albo dodawane w jakiś amatorski sposób, bo niektórych kwestii nie da się usłyszeć, inne trzeszczą, lub zagłuszają pozostałych. Stąd bodaj tylko stroje – niektóre całkiem zabawne – jak kostium mikołajkowy, ratowały dla mnie nieco oprawę wizualną, bo w grach otome protagonistki nieczęsto się przebierają, ale już w daiting sim to w zasadzie standard…

Od natywnych użytkowników języka angielskiego posypały się na ten tytuł gromy, jeśli chodzi o jakoś tłumaczenia. Dla mnie było ono po prostu znośne, bo przy tak banalnej fabule, nawet najcudowniejszy przekład nie zdołałby sprawić, by nie dopadało mnie poczucie marnowanego czasu.

Ogólnie nie bez powodu „Blood Code” tak często znajdziecie na wyprzedażach, a ja powinnam się zastanowić i mieć na uwadze, że jeśli gra kosztuje mniej niż kajzerka, to prawdopodobnie wyceniono ją tak nie bez przyczyny. W efekcie bardzo się namęczyłam, aby dotrwać do końca i, jeśli już mam powiedzieć coś pozytywnego, to bodaj jeden bad ending ze ścieżki Christa był miłym zaskoczeniem i potrafił wywołać jakieś emocje. Chociaż już wątki przyczynowo-skutkowe, które do niego doprowadziły, pozostawiają sporo do życzenia. Podobnie jak logika tego świata przedstawionego. Mnie dla przykładu bardzo zastanawiali ci „niewolnicy krwi”, którymi wampiry się żywiły, a na których wszyscy mieli wylane, więc chyba nie widziano w takich praktykach nic specjalnie niemoralnego. I to nawet w przypadku szlachetnych protagonistów takich jak nasza mdła MC. Może demony były gorsze i przymykając oczy na wampiry wybierano mniejsze zło? Nigdy się tego nie dowiemy. Rozbawiało mnie również, po co oni w ogóle chodzili do akademii dla nastolatków i się tam uczyli, skoro każdy z nich miał już po kilka wieków na karku i pewnie dawno zrealizował zakładany program szkolny… No ale wtedy nie mielibyśmy romansu między uczniami. Yhhh…

Dlatego właśnie nie mogę Wam polecić „Blood Code”. No, chyba że nie interesują Was wszystkie moje ostrzeżenie i szukacie bardzo specyficznej, osadzonej w konkretnych realiach produkcji, a brak sensownej fabuły Wam niestraszny. Mnie pozostaje się cieszyć, że mam tę przygodę za sobą i żałuję tylko, że gdy już docierają do nas jakieś gry od chińskich twórców, to przedstawiają one tak niesamowicie zniechęcający poziom. Czy naprawdę w historiach o wampirach nie da się pokazać niczego ciekawego? Przecież jakoś tysiące japońskich gier może ukazywać dla przykładu ciągle te same ayakashi, a przy tym różnic się od siebie i opowiadać coś oryginalnego… Chyba nigdy tego nie zrozumiem…


Plusy:

+ Jeśli ktoś lubi opowieści o wampirach dla nastolatek – to poczuje się jak w domu;

+ Bad endingi lepsze i bardziej zaskakujące od happy endingów;

+ Możliwość ukończenia gry bez romansu.

Minusy:

– Ogromna powtarzalność;

– Nieciekawe, pozbawione wyraźnej osobowości postacie;

– Literówki i językowe niezręczności.


Główna postać:

Leia Ephelis
Uczennica jasnej magii w szkole Mirror Star.
Poszukuje morderców swojego ojca.
Zawsze uśmiechnięta oraz serdeczna.

Ścieżki/Love Interest:


Locke

Christ

Leo

Jesse
Ocena: Locke › Christ › Jesse › Leo

All the videos, logos, images, and graphics used on the belong to ©ZiX Solutions and ©Weixi Studio.

I do not claim any right over them and were used on my blog for informational purposes only.


Dziękuję, że odwiedzasz Otome Forever!

Jeśli podobają Ci się publikowane przeze mnie treści, będzie mi miło, jeśli zostawisz komentarz lub polubisz moje social media.

Dodaj komentarz

Translate »
error

Spodobał Ci się blog? Możesz śledzić moje kanały i dać mi o tym znać~! (b ᵔ▽ᵔ)b