Recenzja: Pokémon Sword & Shield


Informacje podstawowe:

Pokémon Sword i Shield to gry wideo jRPG z elementami przygodowymi, które w większości przypadków są prezentowane z perspektywy trzeciej osoby. Jako nastoletni bohater podróżujemy po regionie Galar i próbujemy zostać najlepszym trenerem pokemonów, wygrywając wielki turniej.

  • Tytuł: Pokémon Sword & Shield
  • Tytuł oryginalny: ポケットモンスター ソード (Poketto Monsutaa Soodo) & ポケットモンスター シールド (Poketto Monsutaa Shiirudo)
  • Data wydania: 06.11.2020
  • Developer: Game Freak
  • Wydawca: Nintendo The Pokémon Company
  • Pełen dźwięk: brak
  • Napisy: angielski
  • Mój czas gry: 100+

Inne:


Recenzja:

Zacznę od krótkiego wprowadzenia i stwierdzenia, że pokoleniowo absolutnie rozminęłam się z pewnymi brandami, bez których dzisiaj nie wyobrażamy sobie popkultury, jak np. „Harry Potter” czy „Frozen” itd. I nie chodzi nawet o moją niechęć czy sympatię do wspomnianych tytułów, bo po prostu każda generacja ma swoich dziecięcych bohaterów. Dla mnie anime to były „Czarodziejka z Księżyca”, „Yattaman” czy „Slayersi”, a fantasy warte czytania, to oczywiście, „Władca Pierścieni” – jedyne opcje w latach 90. Stąd, gdyby mi ktoś chociaż 10 lat temu powiedział, że będę w 2021 roku grała w „Pokemony”, to oznajmiłabym mu, żeby puknął się zdrowo w czoło. Nie miałam bowiem po swojej stronie ani siły sentymentu, ani dobrych wspomnień, ani wreszcie żadnego zainteresowania niedopracowanym, pełnych pokracznych stworków światem, o którym widziałam tylko tyle, że jest tam „jakaś żółta szynszyla, co razi innych prądem”…

Los jednak chciał, że trafił mi się trudniejszy okres w pracy/życiu, a poziom stresu zaczął niebezpiecznie szybować. Jako 100%, rasowy gajmer najszybciej obniżałam go sobie przy konsoli, a że jest jakiś limit tego, ile czasu człowiek może spędzić przy pewnych tytułach, to nie uśmiechało mi się odpalanie visual novel, bo czytanie kolejnej, wielogodzinnej fabuły (= zbyt wielkie obciążenie dla mózgu). Innymi słowy: potrzebowałam czegoś lekkiego i niewymagającego. Czegoś, przy czym nie będę miała poczucia, że muszę się nieprawdopodobnie skupić. A wtedy szwagier zaproponował mi „Pokemony” (do których sam miał sentyment ze względu na stare generacje). No i oczywiście, najpierw rzuciłam mu moje najbardziej sceptyczne, chłodne spojrzenie, ale potem bezmyślnie, mechanicznie wzruszyłam ramionami i kupiłam grę… Aby znaleźć się w samym środku bezwzględnego świata, w którym nic nie wyglądało tak, jak sądziłam, budując sobie wyobrażenie marki jedynie na podstawie jakiś przypadkowych reklam zabawek czy filmów w telewizji!

„Pokemon Sword” albo „Shield” to tak zwana 8 generacja „Pokemonów”. Jako absolutny laik nie widziałam nawet, o co z tymi innymi edycjami chodzi. Poważnie, myślałam, że to kwestia kolorków pudełka albo innych bzdet. Wybrałam więc „Tarczę”, bo wilk jakoś tak sympatyczniej wyglądał z pyska… W każdym razie, gdybyście również byli na początku swojej przygody, to jednak podpowiem Wam już teraz, że generacje, to nic innego jak pewne grupy gier, które łączy m.in. to, że mają nowe pule stworków powiązanych z regionami. W przypadku „Sword” and „Shield” jest to kraina Galar i obie wersje różnią się od siebie „ekskluzywami”, tj. specyficznym contentem, który znajdziemy tylko w Tarczy lub Mieczu.

A dokładniej? Np. dwóch innych przeciwników w gymach, możliwość złapania innych pokemonów, nieco odmienne składniki do gotowania curry i wreszcie inny, unikalny wilk – Zamazentha lub Zacian… Ale czy ma to w sumie jakiekolwiek znaczenie? Tylko dla osób z duszą kolekcjonera i tych, którzy lubią odblokować wszystko na 100%. Jeśli nie posiadacie znajomych, z którymi możecie się bezproblemowo wymieniać stworkami, to złapanie wszystkich pokemonów 8 generacji będzie po prostu niewykonalne. Dlatego – w takim wypadku – polecam jednak zrobić mały research i wybrać taką edycję, która po prostu bardziej Wam się zawartościowo spodoba. Inaczej utkniecie z jakimiś paszczurami, których nie będziecie chcieli wyjmować z pokeballa.

No, ale to tyle w kwestii edycji! Najwyższy czas przejść przecież do fabuły, która jest prosta jak budowa cepa. W Pokemon Sword lub Shield gramy nastolatkiem dowolnej płci i wyglądu, który chce zostać najwybitniejszym trenerem pokemonów. Koniec story. Poważnie, jedyne o co w tym chodzi, to aby łazić od miasta do miasta, łapać nowe potworki, szkolić je, nawalając inne potworki i najlepiej „złapać wszystkie”, aby zyskać 100% w Pokedexie. Po drodze pojawiają się oczywiście jakieś postacie poboczne jak szemrany Prezes Korporacji – Rose, obecny Czempion Ligii Trenerów Pokemonów – Leon, czy jego brat i nasz sąsiad – Hop, który jest wkurzającym dzieciakiem powtarzającym w kółko, i w kółko, że jest naszym „rywalem”, nawet gdy zasadniczo go olewamy i nie wykazujemy nim zainteresowania… ale co zrobić? Na dodatek, w trakcie naszych przygód, będziemy musieli zmierzyć się z całą masą innych, początkujących trenerów, takich jak: arogancki Bede, kochający social media Raihan, czy posiadająca swój fanklub Marnie.

Samym miejscem akcji jest kraina wyraźnie inspirowana Wielką Brytanią. Podobnie jak w przypadku wszystkich poprzednich regionów, Galar składa się z wielu miast połączonych „Trasami”; jednak w centrum regionu znajduje się również obszar otwartego świata, znany jako „Dziki obszar”, czyli koncepcja nowa dla serii. Nieoswojone pokémony można również spotkać poza wysoką trawą i w innych miejscach w otoczeniu i mogą ścigać lub uciekać od gracza w zależności od swojego usposobienia. (Dla osób nie zeznajomionych z mechaniką – każdy pokemon może mieć jeden z kilkunastu charakterów np. leniwy czy odważny). Gracz od czasu do czasu walczy z Trenerami w miastach, na trasach i w „Dzikim obszarze”. A siłą napędową, która skłania bohatera do podróżowania, jest chęć wzięcia udziału w „Gym Challenge”, czyli finalnym turnieju, w którym wyłoni się największego Trener Pokémonów w regionie. Osiem miast i będące tam stadiony stanowią zatem tylko próbę przed ostatecznym pojedynkiem, a zadaniem bohatera jest pokonanie znajdujących się tam potężnych trenerów, specjalizujących się w konkretnych rodzajach pokémonów (np. tylko wodnych czy ognistych). Ah, i przy okazji uratowanie świata… ale nie będę spoilerować. 😉

Przy okazji budujemy „przyjaźń” ze złpanymi po drodze stworkami, bawiąc się z nimi, gotując im curry, albo wręczając specjalnie… dzwoneczek. Możemy też je rozmnażać, dodawać im umiejętności spoza ich rasy, rozwijać poziomy, ewoluować albo po prostu kolekcjonować i nigdy nie wypuszczać z ekwipunku. Na samym starcie – zgodnie z tradycją serii – dołączy do nas jeden z 3 unikalnych dla danej edycji pokemonów, a w tym wypadku są to: wodny jaszczur Sobble, ognisty królik Scorbunny lub roślinny małpiszon Grookey. Każdy z nich ma po trzy formy ewolucji, a kogo bohater weźmie na swojego BFF zależy już tylko od nas. Nie to, żeby dla historii miało to jakiekolwiek znaczenie. Tylko tyle że Hop – nasz samozwańczy rywal – weźmie jednego z dwóch, pozostawionych przez nas stworów.

Niemniej, jak wspominałam, nie odpaliłam tego tytułu, bo liczyłam na jakąś fajną fabułę. Chciałam się po prostu „odgłupić”… i tu, muszę bez bicia przyznać, że się nieco przejechałam. Czemu? Bo ani uniwersum pokemonów, ani bazowa mechanika gry, nie jest znowu tak lekka i przyjemna. A przynajmniej nie na tyle, by wykonywać ataki bezmyślnie, gdyż, powiedzmy sobie szczerze, gramy zagubionym dzieckiem, któremu mama na drogę do szkoły nie daje pieniążków i całusa… ale pokeballa, aby złapał sobie narzędzia do przetrwania, gdy będzie musiał przeprawić się przez ciemny las. Czułam się trochę tak, jakby matula wręczyła mi spluwę. (I zbyt dosłownie potraktowała lekcje wędka zamiast ryby). Co zresztą okazuje się bardzo dobrym rozwiązaniem, bo tuż pod moim domem znajdowała się puszcza pełnych potworów, a w drodze do rąbanego sklepu możesz zostać zaatakowany przez gigantyczne owady czy wściekłe owce. Innymi słowy, to gdzie żyje nasz/a MC, to jakiś wieczny plac boju. Zastanawiam się w sumie, ilu z tych dziecięcych trenerów w ogóle dotrwałoby w takich realiach 18-nastki? I nic dziwnego, że ten świat jest pełen matek, ale nigdzie nie ma ojców. Pewnie już dawno zżarły ich pokemony!

Ale wspominałam też o mechanice i powiem Wam, że XXI-wieczne gry nieco mnie rozleniwiły i przyzwyczaiłam się do rozbudowanego samouczka. Podejrzewam, że dla ludzi, którzy grają w pokemony od najdawniejszych generacji, takie wprowadzenie w ogóle nie było potrzebne, ale dla mnie – absolutnego nooba – pierwsze kilka godzin gry okazało się prawdziwym wyzwaniem. Nikt nie wytłumaczy ci, co masz robić. Twórcy wyszli z założenia, że jakoś się w tym wszystkim odnajdziesz, ale ja grałam na żywioł, mając po swojej stronie jedynie taką wiedzę jak to, że „ten żółty, nazywał się Pikachu”, więc nim skumałam, co się z czym je i co ja właściwie robię, minęło nieco czasu. Co okazało się doświadczeniem bardzo ekscytującym, bo już dawno nie bawiłam się tak dobrze, odkrywając podstawy mechaniki, np. po co postać gwiżdże? Kiedy używać pokeballa? Jakie umiejętności mają znaczenie? Jak działają na siebie żywioły? Jak się rozmnaża pokemony? A co to są kamienie ewolucji, itd.?

Myślę więc sobie, że pomimo sporego narzekania starych wyjadaczy na obecną edycję, to stanowi ona zacne wprowadzenie, dla ludzi takich, jak ja. Czyli graczy niemającego do tej pory absolutnie nic wspólnego z tym rozpasłym uniwersum. I nawet takie rzeczy jak ograniczona o ileś tam setek suma stworków nie robiła mi w tym wypadku problemu, bo ja dopiero poznawałam podstawy, więc świetnie obeszłam się bez 900+ istot na starcie. (W końcu, od czego są DLC?). Uważam również, że wprowadzona w 8 generacji idea „Dynamaxingowania” czy „Gigantamaxingowania” – czyli zamienianie pokemonów na jakiś czas w ogromne bestie, które walczą ze sobą niczym Gojira, była dość spektakularna i zdecydowanie urozmaiciła mi pojedynki w Gymach. W końcu czułam potęgę tych cudacznych Trenerów… I zastanawiałam się, czy władze nie powinny tego jakoś regulować, skoro byle nastolatek może nasłać na miasto olbrzymiego smoka 😛

To, co jednak zdecydowanie mi się w Shield czy Sword nie podobało, a do czego przyzwyczaili mnie doskonali seiyuu, to obecna w produkcjach japońskich gra aktorska. Tymczasem poza powarkiwaniem pokemonów i wciąż powtarzającymi się pioseneczkami podczas walki, nie uraczymy w tle żadnych dźwięków. Postaci się nieme. Co niebywale drażni, bo ma się wrażenie jakiejś podróży w czasie. Zupełnie jakbym grała na ultra starych konsolach i brakuje tylko charakterystycznego dźwięku przewijania tekstu w dialogach… Ehhh… Wielka szkoda. Ja naprawdę rozumiem, że retro RPGi miały taki klimat, ale może obecnie nie cofajmy się w projektowaniu gier do zamierzchłej przeszłości? Inaczej proponuje kolejną generację dystrybuować na dyskietkach.

Zdecydowanie jednak nie zgodziłabym się, że współczesne „Pokemony” są tak złe, jak niektórzy recenzenci je malują. Nagle bowiem, absolutnie po latach, zrozumiałam fenomen tej marki. Łapanie potworków w różnych miejscach, ich trenowanie, kolekcjonowanie i odprężające walki turowe mają swój urok. Nie czujemy bowiem, że musimy się gdziekolwiek spieszyć i możemy sobie grindować tyle, ile nam się podoba, aż pokonamy wszystkich liderów gymów, uzupełnimy Pokedexa, może trafimy na rzadkiego „shiny” i zwiedzimy cały, bardzo barwny, choć niebezpieczny, świat. (Pomijam, co jako weganka myślę o wyrywaniu pokemonów z ich środowiska naturalnego i wystawianiu przeciwko sobie, aby walczyły na arenach, ale… cóż, wiecie, ja ogólnie mam trochę inne podejście do japońskich brandów, bo jednak Wschód i Zachód ma zupełnie inne perspektywy świata i pewne przemiany wymagają zrozumienia i czasu. Stąd zwolennikom argumentu, że nie uczy to bynajmniej dzieci dobrych wzorców, przyznaję – naturalnie — rację. Jest tam cała masa patologii – poczynając od tego całego „rywalowania”, chorego pędu na sukces, a na wyzysku zniewolonych istot kończąc… No, ale ja już jestem starej daty. Żadna gra nie wpłynie obecnie diametralnie na mój światopogląd i przyjmuję po prostu założenia uniwersum z przymrużeniem oka. Chociaż chętnie poznam Wasze zdanie w tej kwestii?).

Niemniej, przechodząc do podsumowania, to kolejna – po platformówkach z bohaterami Mario, Animal Crossing czy Zeldzie – solidna pozycja na Switcha, która tym mocniej upewnia mnie w przeświadczeniu, że jest to obecnie moja ulubiona konsola do grania. Pokemony Sword czy Shield może nie są dziełem wybitnym. Ba! Powiedziałabym, że to tytuł mocno przeciętny i niedopracowany, ale sprawdza się idealnie dla tych, którzy po prostu chcą w coś nieco poklikać bez żadnego, większego zaangażowania emocjonalnego. Chociaż mi mania natręctw i tak pewnie każe odnaleźć dosłownie wszystkie pokemony… W każdym razie polecam – nie tylko fanom brandu, ale też graczom szukającym czegoś innego.


Plusy:

+ Wymagająca, ale interesująca mechanika w stylu klasycznego jRPG;

+ Fajny mechanizm „Dynamaxing” czy „Gigantamaxing”;

+ Dość łatwo złapać tu shiny (w porównaniu z innymi edycjami).

Minusy:

– Gra tylko udaje, że ma fabułę;

– Brak wszystkich stworków, więc zapomnijcie o 100% National Pokédex (sporo z nich dodano potem w jednym z dwóch DLC, ale wciąż nie wszystkie);

– Brak głosów postaci.


All the videos, logos, images, and graphics used on the blog belong to ©Game Freak & © ©Nintendo The Pokémon Company.

I do not claim any right over them and were used on my blog for informational purposes only.



Jeśli podobają Ci się publikowane przeze mnie treści, będzie mi miło, jeśli zostawisz komentarz lub polubisz moje social media.

Dodaj komentarz

Translate »
error

Spodobał Ci się blog? Możesz śledzić moje kanały i dać mi o tym znać~! (b ᵔ▽ᵔ)b