Canus Espada

Informacje podstawowe:
  • Imię: Canus Espada
  • Rasa: dullahan
  • Wzrost: 1,88 cm
  • Waga: nie chce powiedzieć
  • Wiek: ok. 500 lat
  • Seiyuu: Umehara Yuuichirou
Opis:

Różnych już potencjalnych love interest w życiu widziałam: anioły i demony, świętych i skurczybyków, ludzi i nieludzi, wysokich i niskich… ale takich bez głowy jeszcze nie. Jednak popkultura zawsze przekonuje nas, że twarz jest niezbędna do romansu. Wiecie, jak inaczej pokazać te wszystkie pocałunki, rozmarzone spojrzenia, przystojne rysy twarzy itd.? Ano, okazuje się, że wcale nie trzeba. I już właśnie za to, niezwykle oryginalne podejście, byłam do ścieżki Canusa bardzo pozytywnie nastawiona. Zawsze powtarzam, że w tym gatunku przydają się jakieś rewolucje, bo inaczej robi się nad wyraz mdło. Na szczęście tym razem Otomate postanowiło nieco zaszaleć.

Canus Espada jest jednym z 5 potencjalnych wybranków bohaterki gry „Café Enchanté”. Awaki Kotone (= domyślne imię MC) to młoda dziewczyna, która wcześniej pracowała w dużej firmie i dawała się terroryzować bucowatemu szefowi w stylu Janusza biznesu. Kiedy jednak zmarł jej dziadek, bohaterka stanęła przed wyborem poprowadzenia kawiarni po nim, w której po części wychowała się w dzieciństwie. Kotone udaje się na miejsce, by na własne oczy się przekonać, w jakim stanie jest budynek i czy warto w to brnąć, ale przypadkowo otwarte drzwi na zapleczu okazują się bramami do innych światów. Tak, w wielkim skrócie, nasza protagonistka poznaje bandę przystojnych, ale kłopotliwych nadludzi, z którymi będzie odtąd przeżywać przygody w ramach bardzo długiego, 8-rozdziałowego common route, nim jej serce zabije do jednego z panów szybciej.

Właśnie ze względu na dziwaczność tej postaci, zdecydowałam się najpierw na wątek Canusa Espady. Facet jest fairy, a dokładniej dullahanem, czyli jeźdźcem bez głowy, lub zwiastunem śmierci, jak kto woli. Tak jak wszyscy przedstawiciele jego rasy, jest silnie magiczny i powstał (bo wróżki się nie rodzą – jedynie pojawiają, gdy są potrzebne) jakieś 500 lat temu, aby przejąć obowiązki po swojej poprzedniczce – Banshee. Na pierwszy rzut oka to 100% gentleman i łagodny rycerz, który nie bardzo rozumie, dlaczego jego wygląd może być dla kogokolwiek problematyczny. Po ludzkim świecie porusza się zwykle w hełmie, aby nie przyciągać niczyjej uwagi i móc dalej pomagać MC w zakupach, czym zyskał sobie reputacje sympatycznego, ale niegroźnego ekscentryka w oczach sąsiadów kawiarni.

Sama Kotone szybko przekonuje się, że można na nim polegać. Jasne, jest dość dziwny, bywa niedomyślny, ale nigdy nie czuła się przy nim jakoś szczególnie zagrożona. To dlatego – w sumie bez większych oporów – gdy pojawiła się taka opcja, dziewczyna zdecydowała się na odwiedziny w Medio, czyli krainie wróżek, aby na własne oczy zobaczyć świat, z którego pochodził jej przyjaciel. Co prawda zgubiła się po drodze i o mało nie została zamordowana przez jakieś wredne, małe gnidy, które próbowały nauczyć ją latać, ale nie miała im tego za złe, bo sporo fairy ma mentalność dzieci. Nie znają fizycznej śmierci, więc nie wiedzą, że coś bywa niebezpieczne. Zresztą Canus popędził jej od razu na ratunek i szczerze przepraszał za zachowanie swoich rodaków.

To również w Medio Kotone dowiedziała się, że życie wróżek kręci się wokół magicznego drzewa-świata Yggdrasila (Hę…? Komuś się chyba wierzenia pomerdały) i że władzę nad krainą sprawuje Titania, królowa wszystkich fairy i „narzeczona” drzewa, która nie może nigdy zejść ze swojego kwiatowego tronu. Kotone w zasadzie błyskawicznie zaprzyjaźniła się z małą królową, karmiąc ją solidnie opowieściami ze świata, którego ta nigdy nie mogła zobaczyć. Nieco mniej życzliwie potraktował ją Vennia – rodzeństwo i doradca królowej. W czym nie bardzo wiadomo czy był jej bratem, czy siostrą, bo sam nie chciał tego doprecyzować. Wróżki nie mają w tym uniwersum płci biologicznej (w końcu się nie rozmnażają, więc jej nie potrzebują), ale najwyraźniej część z nich identyfikowała się bardziej z byciem mężczyzną lub kobietą, np. Canus zawsze określał siebie jako faceta, a Kotone używała wobec Titanii zwrotów w stylu „my dziewczyny”, co tej drugiej wyraźnie nie przeszkadzało.

W każdym razie to również podczas uczty w Medio Kotone odkryła przy okazji dwa sekrety. Po pierwsze, Canus od początku wydawał się jej trochę samotny – nawet pośród rodaków. Inne wróżki – poza Vennią i Titanią, unikały go, nazywając wspomnianym wcześniej „Zwiastunem śmierci”. Na tym etapie bohaterka nie bardzo więc wiedziała, co to oznacza, ale zauważyła, że rycerz jest z tego powodu bardzo wyobcowany. To dlatego odwiedzał „Café Enchanté”, by wśród innych nieludzi i z dala od Medio, zbudować sobie jakieś poczucie wspólnoty. Po drugie, podczas szczerej rozmowy w cztery oczy, Canus zdradza MC, że tak naprawdę posiada głowę… po prostu jej nie widać. Dla niego samego jest ona absolutnie odczuwalna i faktycznie, gdy przykłada dłoń do jego „policzka”, Kotone zaczyna odbierać jakieś ciepło.

Początkowo relacje między parą układają się więc nad wyraz dobrze, aż do pierwszego niezręcznego wydarzenia. Kotone próbuje zbudzić Canusa, nie rozpoznając, że dullahan już nie śpi, i stukając go palcem w twarz. Wykorzystując swoją sytuację, facet przygląda się bezkarnie dziewczynie z tak bliskiej odległości… aż oboje zostają przyłapani przez Kariyę. Jako inny fairy – a właściwie to changeling – chłopiec potrafi wyraźniej dostrzec twarz Canusa i dziwi się trochę, że jego przyjaciele tak otwarcie romansują w kawiarni. Od tej pory Kotone jest nieco zażenowana i zastanawia się nad intencjami swojego bezgłowego klienta. W końcu mógł ją uprzedzić, że jest przytomny. Potem jednak przyznaje, że sam nie chciał, bo… dał się ponieść chwili. Co więcej, sprawy nie ułatwia fakt, że od tego momentu Kotone bardzo ciekawi jego prawdziwy wygląd i szuka sposobu, czy mogłaby – tak jak Kariya – wpłynąć jakoś na swoją zdolność postrzegania fairy. Nic to jednak nie daje, a rysunki chłopca, mające rzekomo przedstawiać dullahana, są tak tragiczne, że nie ułatwiają jej nawet wyobrażenia.

Bohaterowie dalej wspólnie odwiedzają od czasu do czasu Medio, aby opowiadać Titanii o zewnętrznym świecie. Podczas jednej z takich przygód, Kotone staje się jednak świadkiem dziwnego wydarzenia. Łagodny, sympatyczny Canus przywdziewa swoją czarną zbroję i morduje bez wahania niewinne wróżki. Skołowana tym faktem dziewczyna długo nie wie, jak poruszyć ten temat. Początkowo więc zbiera info na własną rękę i Rindou uprzedza ją, że to co wydaje się niemoralne w świecie ludzi, może być prawem albo zwyczajem gdzie indziej. Aby więc nie oceniać niczego przez pryzmat swojego pochodzenia, dziewczyna prosi Canusa o szczerą rozmowę, a ten… po raz pierwszy wpada w gniew. W sumie to robi MC scenę, by nie wtrącała się w jego sprawy. Sam fakt, że drąży temat, rzuca cień na ich relacje „właściciel kawiarni – wierny klient”, a tym samym odbiera Canusowi jedyne miejsce, gdzie czuł się swobodnie. Bez „Café Enchanté”, i zmuszony ujawnić tajniki swojej pracy, Canus obawia się, że znowu będzie samotny. Ostatecznie więc odsyła MC do domu (a właściwie odwraca się na pięcie i po prostu odchodzi, gdy Kotone patrzy za nim zalana łzami) i nie pojawia się od tej pory w kawiarni. Jego pożegnalnymi słowami do dziewczyny było więc stwierdzenie, że ludzie nie powinni mieszać się w rzeczy, których nie rozumieją.

Na szczęście, Kotone to nie jakaś płacząca, użalająca się nad sobą dziewoja, która daje się łatwo spławić. …Poza tym sorry Canus, ale ludzie zawsze wtrącają się w rzeczy, których nie rozumieją XD. Jeszcze raz zastanawia się nad całą sytuacją i dochodzi do wniosku, że nie chce tego tak zostawić, bo to nie było w porządku. (A my obejrzymy sobie cholerną retrospekcję z ich rozmowy jakieś 6 razy… bez żartów!). To dlatego opowiada o wszystkim ekipie z kawiarni, a tak się szczęśliwie złożyło, że tym razem Kariya robi za chłopca ekspozycję. Gdy badał swoje własne pochodzenie, to jakiś jego daleki wujek przypomniał sobie opowiastki od babci, która twierdziła, że przybyła nie z tego świata. Ponieważ legenda o zabójczym drzewie wydawała się wszystkim najciekawsza, to utkwiła krewnym w pamięci i przekazali ją dalej. Tak paczka z kawiarni poznaje wreszcie mroczne początki Yggdrsaila. Konone nie wie jednak jeszcze wtedy, co chce zrobić z tą nową wiedzą i postanawia wraz z gośćmi „Café Enchanté” poczekać, gdy w tym czasie Canus podróżuje po swojej krainie i lamentuję nad tym, jak bardzo zranił MC i jak tego teraz żałuje.

Nieco później, wraz z pomocą Vennii, MC postanawia jeszcze raz wrócić do Medio i skonfrontować się z Canusem. Tym razem, przedstawiając całkiem trafny i przemyślany argument. Dziewczynę nie obchodzi, czym zajmuje się jej przyjaciel. Nie chce jednak, by „Café Enchanté” było dla niego tylko miejscem ucieczki, ale żeby, przebywając do kawiarni, mógł tam być naprawdę sobą, czyli nie ukrywał wszystkiego przed innymi i nie udawał kogoś, kim nie jest. Dopiero wtedy będzie czuł się naprawdę wolny i zaakceptowany. To, oczywiście, kruszy całkowicie jego opór. Już od jakiegoś czasu dało się zauważyć, że bezgłowy rycerz traktuje swoją ludzką towarzyszkę znacznie czulej niż na początku ich znajomości. Jej szczera przemowa i zapewnienie o tym, że nie odwróci się od niego, nawet po poznaniu prawdy, sprawiają, że ujawnia również swoje inne uczucia. O tym, że kocha „Café Enchanté”, podawane tam potrawy, smak kawy… no i samą właścicielkę. Bo jest „znacznie bardziej miękka i delikatna” od poprzedniego pana Souana… Eeee… Cóż, nie wiem jeszcze, co myślę o komplementach budowanych wokół porównań do aparycji zmarłego dziadka, ale Kotone to chyba nie przeszkadza.

Nim jednak będziemy mogli na dobre skupić się na ich wyznaniu miłosnym i rozkwitającym romansie, w tle zaczyna dziać się parę innych rzeczy. Tak naprawdę Vennia od dłuższego czasu odwiedzał świat ludzi, bo uknuł sobie w głowie dość przebiegły plan. Zauważył, że Canus jest przywiązany do dziewczyny i postanowił ją wykorzystać, aby zmusić Fairy Śmierci do działania. Prawdziwa robota dullahana polegała bowiem na tym, aby mordować wybrane przez królową wróżki… i karmić drzewo. Lata temu Yggdrasil pojawił się w ich krainie przypadkowo i zmutował. Drzewo życia szybko uzależniło wszystko wokół od siebie, a ponieważ nie miało potem żadnego nawozu, to zaczęło pożerać mieszkańców. Trzy kolejne królowe – aby ochronić Medio – tworzyły coś w rodzaju pasożytniczej więzi z drzewem. W sensie Yggdrasil mógł sobie pożerać ich duszę, a w zamian za to zostawiał innych w spokoju. Kiedy jednak drzewu cokolwiek zagrażało, to wtedy zbierało sobie „nadwyżkę”. I tak właśnie stało się teraz, bo w okolicy korzeni pojawiła się jakaś tajemnicza dziura-portal, zupełnie jak ta, którą widzieliśmy w common route.

Co więcej, lata temu, Banshee, czyli ówczesna wróżka śmierci, próbowała uwolnić Titanię od tego straszliwego losu. Niestety, nie zdołała niczego zmienić i została pokonana przez Yggdrasila. Od tego czasu Vennia kombinował jak powtórzyć szalony plan najstarszej siostry, ale podejrzewał, że atak Canusa, to może być za mało, by zapewnić im zwycięstwo. Drzewo jest jednak na to zbyt potężne. Szczególnie że sam dullahan był przeciwko powtarzaniu brawurowego czynu swojej poprzedniczki i wolał, zamiast tego tradycyjnie karmić Yggdrasila, polując na różne wróżki. (Chociaż „łamało mu to serce” i cieszył się, że na jego twarzy „nie widać łez”). Tymczasem Vennia całkiem słusznie sobie wykoncypował, że po pierwsze: Canus nie będzie teraz sam, bo zawsze może poprosić o pomoc swoich pakernych kolegów z innych światów, a po drugie: będzie bardziej zmotywowany, jeśli w sytuacji zagrożenia znajdzie się jego ukochana Kotone, a nie Titania. To dlatego, podstępem, Vennia zaprowadził MC do sali tronowej, a potem szybko odprawił rytuał, który przygotowywał specjalnie na tę okazję. „Posadził”, czyli w zasadzie uwięził, Kotone na tronie, a w zamian za to uwolnił swoją siostrzyczkę. Cóż… drań, jakich mało, ale powiedźmy, że rozumiemy, czym się kierował. Każdy z tej trójki głównych fairy był już trochę zmęczony własną hipokryzją. Poświęcali jednych, aby niby chronić drugich – i tak w kółko.

I teraz, w negatywnym zakończeniu, Canusowi nie udaje się przybyć na miejsce na czas i MC zostaje już na zawsze uwięziona na tronie. Zapada więc w coś w rodzaju śpiączki. Nie ma świadomości otaczającej jej rzeczywistości, Yggdrasil dalej pożera jej duszę, a dullahan kontynuuje swoje ponure żniwa na własnych braciach i siostrach, aby utrzymać mroczne status quo. Dlaczego? Bo Canusowi brakuje jednocześnie zdecydowania, żeby zabić MC, chociaż wie, że tego właśnie dziewczyna by pragnęła. Ponieważ byłoby to jednak wtedy ich ostateczne pożegnanie, to woli Kotone nawet w takim stanie niż w żadnym. A i w ten sposób mógł dalej sobie na nią patrzeć. Na niczym innym mu już nie zależało.

W pozytywnym zakończeniu: ekipa z „Café Enchanté” faktycznie wspiera dullahana w boju i zajmuje się różnymi, wysyłanymi przez drzewo pasożytami – soul eatersami, aby ochronić wróżki. Dzięki temu sam Canus może w spokoju pognać do sali tronowej, a tam raz na zawsze rozprawić się z drzewem i uwolnić swoją ukochaną Kotone, wynosząc ją z miejsca zagrożenia w ramionach. Naturalnie, jest nieco wściekły na Vennię, ale rozumie jego motywację, a skoro MC też wszystkim wybaczyła, to nie ma między nimi żalu. (Czasami poraża mnie ta zdolność do zapominania win wśród bohaterów gier otome…). W każdym razie Titania odzyskuje wolność, drzewo zostaje zniszczone, Vennii jest trochę głupio, a Kotone i Canus udają się miesiąc później razem na łączkę, aby wyznać sobie miłość. Oczywiście, z pełną świadomością, że to może być trochę trudne. Jakby nie było, dzieli ich dosłownie wszystko. Canus jest innej rasy, praktycznie nieśmiertelny, pozbawiony twarzy i chyba płci (?) oraz kompletnie nieobeznany w sprawach damsko-męskich (bo nie było mu to do tej pory potrzebne, a istnienie np. dzieci – wciąż go zaskakuje). Nie przeszkadza mu to jednak, aby na kolanach, jak prawdziwy rycerz, ślubować swojej damie absolutne i bezwzględne oddanie, a Kotone dochodzi do wniosku, że z czasem pokonają przecież wszystkie dzielące ich różnice.

Canus przestaje również być taki wyobcowany w samym Medio. Po swoich heroicznych wyczynach staje się dla innych wróżek – Fairy Życia. Wzorem do naśladowania i prawdziwym obrońcą. Dostajemy więc taką nieco bajkową historię, ale… hej! Przecież działa się w krainie wróżek. No to, czego się spodziewaliście? Osobiście całkiem lubiłam Canusa, bo był sympatycznym bohaterem i myślę sobie, że jego seiyuu odwalił kawał dobrej roboty. Tak naprawdę, przez brak głowy, cały ciężar oddawania emocji spoczywał właśnie na głosie. Niby światełko wokół szyi miało nas nieco naprowadzać, co faktycznie czuje bohater, ale jak sama MC zauważyła, póki nie werbalizował swoich emocji, czasami trudno było je odczytać. Wiecie, niekiedy nawet rozmawiając twarzą w twarz z ludźmi, potrafimy źle zinterpretować ich intencje, a co dopiero w przypadku kogoś, kto nie ma nawet mimiki? Dlatego, jeszcze raz, brawa dla aktora!

No to co mi się nie podobało? Oczywiście, nielubiany przeze mnie i wyświechtany do granic absurdu motyw „nie mówiłem ci, aby cię chronić”, a potem „zostawiam cię, aby cię chronić”. Poważnie, o ile jego sytuacja faktycznie była dramatyczna i rozumiem, że facet był tym wszystkim przemęczony, o tyle jego reakcja na szczerą rozmowę z Kotone była takim scenariuszowym pójściem na łatwiznę. Ponieważ się postawił, to nie mogli rozwiązać tego problemu w 5 minut. Inaczej w zasadzie nie było nawet o co kruszyć kopii, bo Kotone ani się go nie bała, ani nie oceniała, ani nie potępiała, próbowała po prostu zrozumieć, w czym rzecz. A potem, gdy już potwierdziła, że jej się nie przewidziało i dullahan faktycznie morduje wróżki, to zrobiło się jej go ewidentnie żal – nic poza tym. No, ale każdy czasem zachowuje się jak emocjonalny gówniarz. Jak widać nawet gostek, który liczy sobie jakieś pół tysiąca lat.

Dziwię się również trochę, że tak bezproblemowo przedstawiono nam tutaj podejście do ukarania Vennii. W sensie, ja kumam, że bezgraniczna miłość do siostry była jakimś czynnikiem łagodzącym, ale on nawet w bad endingu uchodzi ze swoimi knowaniami na sucho. Jak dla mnie to powinien dostać chociaż jakiś 100-letni dyżur na zmywaku w „Café Enchanté”. Nie, no spoko, użyłeś mojej duszy do nakarmienia monstrualnego drzewa, bo chciałeś pomóc swojej neechan. Nie mam z tym problemu, wpadnij na cappuccino w piątek! – to jednak dla mnie zbyt przerysowana reakcja. Gdyby chociaż Kotone potrzebowała nieco czasu, aby sobie to wszystko przepracować i przemyśleć, ale… nope. Zastanawia mnie również, czy Vennia po prostu nie mógł poprosić innych nieludzi o pomoc, zamiast nimi manipulować, ale tutaj faktycznie trochę trudno przewidzieć ich reakcję. Mogliby go spławić.

O ile więc samą postać Canusa uważam za jedną z najciekawszych z całej paczki (ubawiła mnie np. scena z selfie, serduszkiem z palców i napastliwymi nastolatkami), tak jego wątek określiłabym jako… dość banalny. W zasadzie nie było w tej fabule niczego, czego nie zdołalibyśmy przewidzieć od samego początku. Tym lepiej, że ta ścieżka trafiła mi się na wstępie, bo inaczej mogłabym być nieco rozczarowana. Wydawała się jakaś taka krótka i pośpieszna. (Bezgłowy rycerz dostał znacznie mniej czasu antenowego od swoich kolegów). A Canusowi zdecydowanie przydałby się jakiś fandisc, chociaż nie jestem pewna, czy akurat chciałabym zobaczyć go w wersji „z głową”. Muszę przyznać, że ten brak twarzy, jakoś kompletnie mi nie przeszkadzał i trochę się boję, czy nie zniszczyłoby to jego czaru, jako postaci. Z drugiej strony pewnie biedna Kotone dostałaby wtedy jakieś bardziej czułe CG, bo tak trudno się tulić do chodzącej sterty żelastwa.

Suma summarum to fajna opowieść, nawet jeśli nie powaliła zwrotami akcji, konstrukcją antagonizmów oraz sposobem rozwiązania wątków. Gorąco zachęcam, aby ukończyć ją przy pierwszym podejściu, bo jest w sumie bardzo delikatna w porównaniu z późniejszą dramą, jaką serwują nam twórcy „Café Enchanté”. A i Canusa bardzo łatwo polubić, bo w każdym swoim wydaniu jest absolutnie życzliwy i pomocny. Taki prawdziwy, wierny rycerz niczym z ballad arturiańskich.   

Miejsce w rankingu: Numer 4. Oj, przydałoby się temu panu trochę miłości od twórców i jakaś większa rola w fandiscu. Inaczej dostał zdecydowanie najkrótszy kawałek patyczka. Poza tym chętnie jeszcze raz zobaczyłabym świat wróżek, ale może jakoś wyraziściej przedstawiony? A tymczasem króciutka ścieżka, panowie i panie, króciutka, choć mogła być dużo ciekawsza, bo Love Interest był naprawdę unikalny!

Zobacz też inne recenzje:


Il Fado de Rie

Ignis Carbunculus

Rindou Kaoru

Misyr Rex

All images used in this review belong to ©Idea Factory/Design Factory.

I do not claim any right over them and were used on my blog for informational purposes only.

2 thoughts on “Canus Espada

  • 20 listopada 2020 o 19:42
    Permalink

    E,j on nie jest aż taki zły XD
    Początkowo jego wygląd mnie nie zachęcał (I nadal mnie odraża ;v)
    Ale charakter ma całkiem spoko, fajnie, że chce uratować swoją młodszą siostrę 😀
    Mówiąc szczerze będę czekać na Fado, czyli aniołka otaku, bo zdaje się być super!
    Dobra, ogarniam się XD
    Po prostu nie mogę się doczekać aż tą grę przejdę, bo zdaje się być gitez :p

    Odpowiedz
    • 21 listopada 2020 o 04:01
      Permalink

      Aniołek faktycznie ma bardzo fajną ścieżkę. Chociaż jego pasja do otome nawet mnie miejscami przytłaczała ( ◡‿◡ *). Mam nadzieję, że gra Ci się ogólnie spodoba i pozdrawiam serdecznie!

      Odpowiedz

Dodaj komentarz

Twój adres email nie zostanie opublikowany. Pola, których wypełnienie jest wymagane, są oznaczone symbolem *