Gilbert Redford

Informacje podstawowe:
  • Imię: Gilbert ‚Gil’ Redford
  • Rasa: człowiek
  • Zawód: Capo rodziny Visconti
  • Wzrost: 182 cm
  • Wiek: 26
  • Seiyuu: Morikubo Shōtaro
Opis:

Ścieżka Gilberta to rozwiązanie dla wszystkich tych, dla których pozostałe opowieści z różnych powodów były zbyt ekstremalne. Nie rozumiem, dlaczego postanowiono wrzucić ją na sam koniec. W porównaniu z resztą chłopaków Gilbert jest bowiem łagodny jak baranek (tylko w cudzych bad endingach zdarza mu się głupieć), ale weź tu zrozum intencje twórców? Moim zdaniem byłaby idealna, jako wprowadzenie do świata przedstawionego. Po tych wszystkich silnych, często negatywnych, emocjach jest bowiem jak taka mżawka po sztormie i nie bardzo wiadomo, o co miało w niej zasadzie chodzić?

Ale wróćmy do recenzji! Gilbert Redford jest liderem włoskiej mafii Visconti, która w odróżnieniu od Falzone, dopuszcza w swych szeregach ludzi o mieszanej krwi czy o obcym pochodzeniu, jeśli wyróżniają się umiejętnościami. Są więc mniej konserwatywni od grupy Dantego i na przeciwnym biegunie, jeśli chodzi o okrucieństwo, w porównaniu z takim Yangiem. Ich głównym źródłem dochodu było zapewnianie protekcji mieszkańcom Burlone oraz handel towarami pomiędzy Ameryką a Włochami. Ogólnie, udawali zapracowanych biznesmenów.

Kiedy zatem Liliana Adoranto (= nasza domyślna MC) spotyka po raz pierwszy Gilberta, to ma okazje zobaczyć, jak wielkim szacunkiem cieszy się na mieście. Facet jest bardzo przyjazny, prosi, by mówić mu po imieniu i rozdaje pieniądze na lewo i prawo. Ba! Płaci nawet karę za jakiegoś przypadkowego, złapanego na gorącym uczynku kieszonkowca – Lukę, bo imponuje mu zadziorność chłopaka, a nie chce eskalacji konfliktu. Pomimo więc przewodzenia mafii, to robi na dziewczynie (również sierocie, wychowywanej przez kościół) bardzo dobre wrażenie. Nie czuła się przez niego zastraszona ani onieśmielona.

Sprawy komplikują się jednak błyskawicznie, gdy pewnej nocy sypialnie naszej bohaterki odwiedza lider Lao-Shu – Yang, czyli głowa całej chińskiej mafii w Burlone. Facet próbuje uprowadzić naszą MC, a szczegóły jego motywacji powinny być już graczowi doskonale znane, bo do odblokowania ścieżki Gilberta trzeba ukończyć wcześniej wszystkie pozostałe opowieści. Na szczęście Chińczyk nie realizuje swojego planu i nie skazuje dziewczynę na piekło, które – jak wiemy z jego ścieżki – by ją czekało, bo na drodze Lao-Shu staje nie kto inny jak capo Falzone, czyli Dante z Nicolą i reszta ich familii. W kościele dochodzi do walki. MC jest kompletnie przerażona i zagubiona, ale wtedy na scenę wkracza kolejny z bohaterów. Tym razem Orlok, czyli zabójca na usługach Kościoła, który wyprowadza Lilianę z pola bitwy i każe jej po prostu uciekać…

I tym sposobem, w koszuli nocnej i z pustką w głowie, Lili biega sobie po Burlone, aż wpada na skołowanego Gilberta. Facet proponuje jej protekcje. Po części dlatego, że najzwyczajniej żal mu dziewczyny (a pomimo bycia mafiosem miał całkiem dobre serce), a po części, bo wie już o zamieszaniu w kościele i doskonale zdaje sobie sprawę, że cenna karta przetargowa właśnie wpadła w jego łapy. Na szczęście Lili nie jest tutaj dostatecznie naiwna, by nie rozumieć jego dualnej motywacji, ale i tak dochodzi do wniosku, że to wciąż lepsze od ukrywania się na ulicy. Przynajmniej, przez jakiś czas, będzie miała spokój i będzie mogła zastanowić się nad kolejnymi krokami. (No i odzyska pełne ubranie…).

Zresztą Gilbert jest niebywale uprzejmy. W odróżnieniu od Dantego, który we własnej ścieżce po prostu więził Lilianę w pokoju i kazał jej siedzieć cicho, w niewiedzy, capo Visconti z przyjemnością odpowiada na wszystkie pytania dziewczyny. Szybko więc przekonujemy się, że faktycznie jest ona bardziej „gościem”, nawet jeśli ta sytuacja mogłaby się w przyszłości zmienić, bo Gilbert wszedłby w posiadanie jakiś nowych informacji. Tymczasem zabiera ją na spacery po mieście, pokazuje dzielnicę, opowiada o swojej pracy, kupuje słodycze… ba! W pewnym momencie to faktycznie wyglądało jak parka nastolatków na randkach, a nie zakładnik i głowa przestępczej organizacji. Nic zatem dziwnego, że Lili praktycznie błyskawicznie polubiła Gilberta, bo nie czuła się przez niego w żaden sposób zagrożona. Zapewnił jej ochronę, rozrywkę i wiedzę. A to wszystko absolutnie niewielkim kosztem, bo nie mogła tylko wracać – póki co – do kościoła, aż do czasu wyjaśnienia sytuacji.

I tym sposobem, aby omówić sobie wszystkie niesnaski, liderzy mafii spotykają się po kilku dniach w kasynie, czyli na neutralnym gruncie, na propozycję samego Gilberta. Lili, pomimo wątpliwości, i tak mu wtedy towarzyszy, bo Gilbert dochodzi do wniosku, że ma prawo uczestniczyć w rozmowie, która będzie dotyczyła jej przyszłości. Czyli – znowu – absolutne przeciwieństwo tego, co widzieliśmy do tej pory. Nasza bohaterka traktowana jest na równi, jako wartościowy partner w dyspucie. Co nie umyka zresztą samym zebranym, bo raz czy dwa, panowie z przekąsem zauważają, że marnują czas na dawanie jej wykładów z historii czy tłumaczenie podstawowych kwestii. Wyszło więc trochę… sztucznie? Wiecie, tak jakby twórcy mieliby problemy z lawirowaniem pomiędzy wiernością realiom a pokazywaniem, że z LI taki spoko gość, że nie będzie poniżał MC, przy każdej, nadarzającej się okazji. Powiedźmy sobie bowiem szczerze, nikogo z zebranych nie obchodziłaby przecież opinia jakiejś tam dwudziestolatki z kościoła – a o pewnych tematach w towarzystwie kobiet najzwyczajniej rozmawiać nie wypadało.

W każdym razie, podczas spotkania, dostajemy skrót wszystkich informacji, o których mogliśmy dowiedzieć się z innych ścieżek. Liliana jest cenną Key Maiden, którą rodzina Falzone, od generacji, musi chronić na polecenie Kościoła, co jest dla nich sprawą honoru. Yang podejrzewa, że jego szefostwo w Chinach, próbuje robić jakieś ciemne biznesy za plecami Lao-Shu, co nie bardzo mu odpowiada i chętnie wystawiłby swoich pracodawców do wiatru. Gilbert ma z kolei problemy z fałszywymi oskarżeniami o podrabianie dolarów i rozprowadzanie ich po Burlone. Został nawet tymczasowo aresztowany z tego powodu i pewnie siedziałby teraz w więzieniu, gdyby nie jego niemiecki prawnik – Oliver, który wywalczył dla niego w porę uwolnienie. (Btw. to taka żywcem wzięta kopia z Toma Hagena… Nawet projekt postaci wygląda podobnie. Nie zgadza się tylko charakter).

Panowie dochodzą więc do wniosku, że sprzeczki sprzeczkami, ale przez ten cały biznes z fałszywymi pieniędzmi ich wszystkie interesy są zagrożone, bo to odbije się na światowej ekonomii. Okeeej… rozprowadzenie kilku podrobionych banknotów, w jakiś małym, włoskim miasteczku, faktycznie byłoby tym, co rozwaliłoby całą gospodarkę w 1925 r. XD Nie mam więcej pytań, wysoki sądzie! Tak czy inaczej, postanawiają chwilowo połączyć siły, bo jak wiadomo, w przeciwnym razie znowu skoczą sobie do gardeł i nie dojdą do żadnego porozumienia. Dante zgadza się, by Lili została z Gilbertem, skoro taka jest jej wola, ale w zamian za to przydzieli jej własnego ochroniarza, którego don Visconti musi zaakceptować. (Tęsknił ktoś za Leo? Najbardziej niepasującym do organizacji przestępczej dzieciakiem na świecie?). Wszystkie stronnictwa będą też badać sprawę na własną rękę i wymieniać się informacjami. Dość knowania na boku i takich tam. Ma być zgoda!

Parka wychodzi więc ze spotkania w miarę zadowolona, zwłaszcza że zażegnała konflikty i może skupić się na śledztwie. Co ciekawe, Gilbert pozwala Lilianie towarzyszyć sobie cały czas, a nawet słucha jej rad, jakie powinni podjąć kolejne działania. Twórcy na każdym kroku próbowali nas zatem przekonać, że między nimi panuje 100% partnerstwo, a dziewczyna doskonale odnajduje się już w strukturach mafii. Przeszła sobie z Dantem i Yangiem na mówienie po imieniu, podporządkowała upartego Olivera, a Gilbert to praktycznie jadł jej z ręki…

Zresztą to jedna z tych ścieżek, gdzie bohaterowie są w sobie zakochani właściwie od wstępu. Wstrzymują się tylko z deklaracją uczuć, bo na drodze stoją im wcześniej jakieś inne problemy do rozwiązania. Stąd Gilbert niby tylko udaje, że przedstawia Lili mieszkańcom jako swoją kobietę, by zapewnić jej bezpieczeństwo, a tak naprawdę widać, że paradowanie ze ślicznotką przy boku sprawia mu przyjemność. Podobnie jak kobiecie, bycie widzianą ramię w ramię, z szanowanym i przystojnym gangsterem.

Informacji na temat fałszywych dolarów dostarcza naszym bohaterom nie kto inny jak złodziejaszek z prologu – czyli Luca. To dzięki niemu Gilbert dochodzi do wniosku, że źródłem kłopotów, jest tak naprawdę kasyno prowadzone przez tajemniczego direttore. Udaje się więc tam razem z Lili, aby przepytać gości i rozeznać w sytuacji. A my – po raz kolejny w tej ścieżce – musimy słuchać, jak skromność nie pozwala MC założyć jednej z licznych sukni, jakie Gilbert dla niej załatwił. Przebierał ją bowiem w tej ścieżce jak lalkę. Non stop obsypywał nowymi ubraniami, biżuterią, słodyczami itd. Ale znacie mój pogląd na takie sprawy. Nie przepadam za bezmyślnym konsumpcjonizmem, więc pokazywanie, że kobiety nie marzą o niczym innym, jak o wyrażaniu uczuć poprzez obsypywanie masą przepłaconych bubli, zawsze wywołuje u mnie przewrócenie oczami. (Ktoś chciał przenieść się do lat 90. i pobawić w „Pretty Woman”…?).

W każdym razie Gilbert znajduje wreszcie jakiegoś podejrzanego typa, od którego próbuje zdobyć wizytówkę. Ten odmawia, więc panowie decydują się na grę. Stawką w zakładzie ma być oczywiście to, że nieznajomy będzie musiał się gangsterowi przedstawić, a w przypadku przegranej… Gilbert odda mu Lili. Yhhh… No tak, zabrakło tego elementu, gdzie kobieta szlachetnie godzi się być żetonem, bo tak mocno wierzy w swojego faceta, że jest gotowa zaryzykować dla niego nawet własną cnotę/zdrowie/godność/wstaw dowolne i odejść z obcym. I to był chyba zarazem najsłabszy moment tej ścieżki. Poważnie, nie rozumiem, dlaczego Gilbert, udając takiego opiekuńczego i zaradnego lidera, w ogóle się na to zgodził. Chyba żaden facet, kierujący się honorem, nie postawiłby w zakładzie swojej ukochanej – mniejsza o to, że ona heroicznie mówi, że wszystko będzie OK. Wiecie, i to jest właśnie przykład tego wypaczonego pokazywania przywiązania, o którym wspominałam. Czyli uczucia Gilberta wyrażają jakieś tam marne sukienki, które jej kupuje, a nie to, że jest w stanie zrezygnować ze zdobycia tropu, który mógłby być nawet bezużyteczny, byle nie narażać MC? Jasne, gdyby przegrali, to honor pewnie poszedłby w odstawkę, a Gil i tak nie dopuściłby do zabrania Lilii, ale wciąż… kto stręczy swoją kobietę? (Nawet Yang tego nie robił, a on przedstawiał absolutne dno moralne). Jak ci tak zależy, to postaw w zakładzie swoje cztery litery, cwaniaczku… ale eeehhh… Sorry, mam uczulenie na takie motywy.

No, ale oczywiście, fortuny są po ich stronie. Gilbert wygrywa, podejrzany NPC musi się mu przedstawić, a przy okazji wychodzi na jaw, że w kasynie oszukują i tak wprowadzają podrobione pieniądze do obrotu. Czemu direttore, czyli główny podejrzany, zgodził się, aby tak łatwo go przejrzeli? Cholera wie. (W końcu to on dał pozwolenie na grę). Niemniej capo Visconti jest po tym wydarzeniu tylko jeszcze bardziej wdzięczny i zakochany w swojej kobiecie, bo wierzyła w niego bardziej niż on sam w siebie. A z tego całego przywiązania, godzi się nawet, na następnej randce, opowiedzieć jej o swoim smutnym backstory i historii zasłoniętego oka:

Gilbert pochodzi z mieszanej rodziny. Jego ojciec był Amerykaninem, a matka Włoszką. Niestety nie układało się im za dobrze w Chicago. Staruszek nie stronił od alkoholu i lubił wtedy wszczynać burdy. Podczas jednej z takich sytuacji, mężczyzna cisnął butelką, ta się rozbiła i odłamek ugodził chłopca w powiekę. A chociaż Gil nie stracił wtedy wzroku, to została mu jednak blizna, no i samo oko nie jest aż tak sprawne, jak kiedyś. Niby nie przeszkadza mu to w posługiwaniu się bronią (chociaż po tym, jak nie mogli trafić Orloka z odległości 1 m, nie jestem przekonana), ale nie zmienia to faktu, że nie lubi obnosić się ze swoim kalectwem.

O tym, jak Gilbert kocha spluwy, Lili przekonuje się jakiś czas później, gdy do siedziby Visconti przybywa specjalny załadunek. Chodzi konkretnie o nowe modele broni maszynowej – znane z amerykańskich filmów o gangsterach Thompsony. Mężczyzna biega więc podekscytowany pomiędzy paczuszkami jak dziecko w sklepie z zabawkami. Co, naturalnie, wydaje się Lili całkiem urocze i z uprzejmości zaczyna go nawet wypytywać o ten cały, niebezpieczny sprzęt. Wiecie, to nie tak, że nie zdawała sobie sprawy, po co mafii ma służyć zabójcza broń, ale przecież nie odbierze ukochanemu radości z zakupu. W każdym razie jeszcze bardziej podjarany tym wszystkim Gilbert stwierdza, że Lili jest jedyną kobietą, z którą mógł tak szczerze pogadać o swojej pasji. *Ziew* Kolejny motyw, który uwielbiam. Robienie z całej płci jakiś stereotypowych przygłupów – gadających jedynie o kwiatkach, sukienkach i ciastkach –  tylko po to, by bohaterka mogła poczuć się wyjątkowo. Kiedy twórcy gier otome przestaną wreszcie antagonizować kobiety względem siebie? To naprawdę nie jest jakaś niebywała sztuka, zapytać o zawartość pudeł, które zawalają cały salon… Jestem pewna, że koleżanki Lili również by temu podołały.

No ale dochodzimy do momentu, w którym nasi bohaterowie są już święcie przekonani, że tworzyliby piękną parę. Lili zajmuje się w tym czasie chorym Lucą, który był cennym informatorem i którego Gilbert wziął pod swoją opiekę, zaś leżący z gorączką i cierpiący chłopak, uznaje, że to idealny moment, aby pogadać z MC o sprawach sercowych. Wytyka jej, że skoro kocha capo Visconti, to nie powinna z wyznaniem zwlekać, bo nie wiadomo, co potem się wydarzy. A jak postanowiła, tak dziewczyna czyni. Udaje się do Gilberta, by opowiedzieć mu o swoich uczuciach, ku radości mafiosy. On również zauważył, że przestał być dziewczynie obojętny, ale chciał poczekać, aż sama sobie wszystko w głowie ułoży. A ponieważ jest bogobojnym człowiekiem honoru – ta, jasne – to powstrzyma lepkie łapy, wymieni z MC parę pocałunków, a do reszty wrócą już po zakończeniu rozprawy sądowej. Gilbert nie ma bowiem najmniejszych wątpliwości, że nie chce stracić Lili, ale nie może ryzykować jej szczęśliwej przyszłości na wypadek, gdyby trafił do więzienia.

I tak właśnie dzieje się w bad endingu. Rozprawa kompletnie się sypie i kolejne dowody jedynie obciążają Gilberta. Zresztą policja i sędziowie przyjechali aż z Rzymu, aby dopiec mafii Burlone. Facetowi nie pozostaje więc nic innego, jak się poddać, zwłaszcza że Falzone także zwracają się przeciwko niemu. (Przebiegłe skurczybyki!). Nie mam zielonego pojęcia, dlaczego aresztowanie Gilberta jest zarazem upadkiem całej rodziny. Co, oni poważnie nie mieli żadnego planu na takie sytuacje? W każdym razie Visconti przestają istnieć, a Oliver załatwia swojemu byłemu szefowi najpierw pomoc w ucieczce, a potem wizę do Ameryki. Po odzyskaniu siły i wpływów Gilbert obiecuje sobie w duchu, że wróci po MC. Tymczasem zostawia ją płaczącą, błagającą i osamotnioną we Włoszech, bo nie zgadza się, aby mu towarzyszyła. (To tyle w kwestii idealnego partnerstwa). Cóż, w porównaniu z innymi bad endingami ten był prawie jak szczęśliwe zakończenie. Nikt tutaj nie okazał się psychopatą, yandere, czy innym cudakiem. Tajemnicą pozostaje jednak dla mnie, dlaczego doszło do aresztowania tylko przywódcy głowy mafii (który zresztą wszem i wobec wciąż się chwalił, kim jest), a np. takiego Olivera, wypuszczono z błogosławieństwem.

W pozytywnym zakończeniu wszystkie rodziny dalej ze sobą współpracują. Yang wraz z Orlokiem i resztą sojuszników rozwalają fabrykę produkującą fałszywe pieniądze, a Dante przeprowadza w tym czasie szturm na kasyno, aby pozbyć się samego direttore. Nie bardzo wiadomo, jakim cudem tym razem Gilbert się ze swojego procesu wykaraskał, ale Oliver przedstawia jakieś niesamowicie trafne dowody, potwierdzające niewinność oskarżonego. Wszystkie transakcje prowadzone przez Visconti były całkowicie legalne, podatki odprowadzone, ZUS zapłacony, gangsterzy tylko na umowach o pracę i te sprawy… Pewnie nawet auto miało zimowe opony i wszystkie testy, już za czasu zrobione. No, ogólnie, wzorowy obywatel.

Gilbert dziękuje więc sojusznikom za współpracę, direttore trafia do jakiegoś zapomnianego więzienia, a w Burlone zapanowuje tradycyjny, ale nieco ulepszony porządek. W sensie: mafia dalej okazjonalnie skacze sobie do gardeł, ale nie jest już tak krwawo. Co więcej, Dante oficjalnie przyjmuje do wiadomości, że Lili jest odtąd pod opieką Gilberta. A chociaż dziewczyna wraca do życia w kościele, bo chce, aby jej relacja z ukochanym wyglądała normalnie, to ten nie omieszkuje zabrać ją na wypad do drogiego hotelu i skonsumować związek. Wiecie, w końcu oboje byli bardzo wierzący – w japońskim wydaniu 😛 A co dzieje się potem? Cóż, to już w sumie mniej ważne. Wiadomo, że Lili pogodziła się ze swoją rolą „kobiety mafiosa” i to do tego stopnia, że nie przeszkadzało jej rozmawianie o interesach w swojej obecności. Było to przecież, w pewnym stopniu, nieuniknione. Skrycie miała również nadzieję, że kiedyś będzie mogła udać się z ukochanym do Ameryki.

Całkiem lubiłam Lili w tym wydaniu, bo była po prostu skromną dziewczyną, ale z głową na karku. No, może poza scenami romantycznymi, ale jak wiadomo, bohaterki otome zawsze zachowują się wtedy znacznie dziecinniej, niż wskazywałby ich wiek. W każdym razie potrafiła zadbać o siebie, udzielała sensownych rad, próbowała zrozumieć sytuacje przed podjęciem działania, no i Gilbert mógł na niej polegać. Nie przesiedziała więc całej fabuły w kuchni, jak w niektórych ścieżkach i nie robiła za przenośną tacę do podawania kawy. Ba! Załatwiła im nawet neutralny grunt pod negocjacje, gdy mafia nie mogła się dłużej spotykać w kasynie i musieli się przenieść ze swoimi knowaniami… do kościoła.

No to co nie zagrało? Ano, ta ścieżka jest tak poprawna, że aż zwyczajnie nudna. Bohaterowie świetnie się dogadują, wszyscy chcą im pomagać, Gilbert jest kochany na mieście, jak trzeba, to nawet chorującą sierotą się zajmą… Zupełnie jakby ktoś popatrzył na scenariusz „Piofiore: Fated Memories” i stwierdził, że po takim Yangu potrzebne jest jego absolutne przeciwieństwo, bo inaczej gracze tego nie udźwigną. I tak narodził się Gilbert. Czyli bardzo dziwny twór. Niby mafioso, ale w sumie to przyjaciel wszystkich, więc cholera wie, z czego oni właściwie żyli. Tylko z przemytu? I wszyscy byli takimi, cudownymi idealistami, jak ich lider, który z miłości do Burlone zrobiłby wszystko? Jakoś trudno mi w to uwierzyć (przypominam: mówimy o zniszczonych, zabiedzonych Włochach za czasów Mussoliniego), a ten poziom naiwności drażni. To ja już mam więcej sympatii do zmanipulowanego przez Kościół Orloka, czy zafiksowanych na punkcie swojego honoru Falzone…

To, co rozczarowało mnie tym bardziej to fakt, że ścieżka Gilberta pokrywa się w 4 rozdziałach absolutnie z True Endingiem i historią Henriego. Nie była więc zupełnie samodzielna, ale trochę tak jakby… dodana na siłę? Nie zdziwiłabym się wcale, gdyby się okazało, że początkowo wcale jej nie planowali i wcisnęli potem, niedorobioną, z braku czasu. Być może by osłodzić graczom nieco dotychczasową narrację? Widać to zwłaszcza po tym, że w True Endingu Gilbert w zasadzie znika. Staje się postacią tak poboczną, że nawet Elena czy Roberto mają więcej sensownych scen – a przecież niby opiekował się Lili i mu na niej zależało. Zostaje jednak kompletnie wyparty przez resztę paczki.

Ale wróćmy do głównej ścieżki! Nie obeszło się w niej bowiem również od pewnych dziwacznych, naciąganych rozwiązań. Na przykład rozbawiło mnie bardzo, że aby udowodnić swoją bogobojność podczas procesu, Gilbert musiał powołać na świadka biskupa, który przytaszczył dokumenty potwierdzające, że Vinsconti wpłacają wysokie datki na Kościół. Poważnie, nikt nie uznał, że to najzwyczajniejsze łapówki? I dlaczego w sumie Wiara wspierała nagle Visconti? Przez całą grę zapewniano nas, że są po stronie Falzone. (Ewentualnie: opłacali Lao-Shu). Biskup Rosberg – ni z tego, ni z owego – chciał nagle ryzykować, że jego imię będzie łączone z mafią? Ale to tylko takie drobne, przykładowe śmiesznostki czy akcje w stylu deus ex-machina wszędzie tam, gdzie nie chciało się popracować nad fabułą.

Na pocieszenie dostajemy przynajmniej normalną edycję Roberto, który nawet współpracuje z mafią, by ukarać prawdziwego winnego, a nie ujawnia swoje creepne, yandere oblicze. Również Elena jest tu słodką, miłą przyjaciółką i nikt nie zamienia jej w chodzący wrak. Nie wspomnę też o całej masie romantycznych CG, bo chyba nikt nie dostał aż tylu ilustracji z pocałunkami, czy innymi czułościami, jak nasza główna para. Jeśli więc wolicie takie bardziej tradycyjne, serdeczne ścieżki w grach otome – to Gilbert może być Waszą chwilą wytchnienie po tym, co do tej pory działo się w „Piofiore: Fated Memories”. Osobiście mam w drugą stronę – wolę porządną dramę, dlatego dla mnie było jednak nieco za spokojnie. No, ale może jeśli akcja przeniesie się kiedyś do Ameryki – wiecie, wojny gangów, prohibicja i te sprawy – to spojrzę na Gilberta życzliwiej?

Miejsce w rankingu: Numer 6. Sympatyczny LI i to do tego stopnia… że aż zbyt idealny. Jakoś typ pogodnego przyjaciela wszystkich, który na dodatek kieruje się tylko dobrem miasta, nie pasuje mi do opowieści o mafii. Może gdyby chociaż bardziej pokazali nam na czym w takim razie polega jego przestępcza działalność, spojrzałabym na tego bohatera inaczej? Tymczasem mam wrażenie, że coś tutaj nie zagrało. Miał być taki trochę serdeczny protagonista poza prawem — bardziej „łotrzyk” niż gangster — ale nie wyszło im w ani jedną, ani w drugą stronę. (Na miejscu twórców pewnie zdecydowałabym się na jakieś skrajności — np. przegięła z jego dobroczynnością i celowała w archetyp „Robin Hooda”, aby odciąć go od reszty patologicznej paczki. Zabrakło mi jednak bardziej zdecydowanych kroków w tym kierunku. To, co zobaczyliśmy do tej pory, było niestety zbyt zachowawcze).

Zobacz też inne recenzje:

Dante Falzone

Nicola Francesca

Orlok

Yang

Finale

All images used in this review belong to ©Idea Factory/Design Factory.

I do not claim any right over them and were used on my blog for informational purposes only.

2 thoughts on “Gilbert Redford

  • 17 listopada 2020 o 11:26
    Permalink

    I takie postacie to ja lubię!
    Najlepsi są ci dobrzy, nie bad -boye ;3
    Umm i ogólnie sorki za pytanko, ale kiedy zrecenzujesz Finale?
    Bo zdaje się być.. dosyć spoko

    Jak coś to ja Julia tyle, że zmieniam nick XD

    Odpowiedz
    • 17 listopada 2020 o 12:34
      Permalink

      Miałam taki plan, by wrzucać zawsze jedną recenzję gier od Otomate w poniedziałki, ale możliwe, że pozostałe gry pójdą jednak w odstawkę z powodu ostatnich switchowych premier i ostatnia recenzja z serii o mafii pojawi się już jutro. Cafe Enchante okazało się na tyle fajne, że żal czekać z poświęconymi mu tekstami, bo skończyłabym w grudniu XD

      Odpowiedz

Dodaj komentarz

Twój adres email nie zostanie opublikowany. Pola, których wypełnienie jest wymagane, są oznaczone symbolem *