Pojedynek: Obey Me! vs Ayakashi: Romance Reborn

Ostatnio doszłam do smutnej konkluzji… ciężko jest poświęcić czas obu tak podobnym i wymagającym grom. Stąd całkiem możliwe, że wielu z Was – tak jak ja – będzie musiało dokonać w przyszłości wyboru, z którą z nich kontynuować przygodę, a z którą po prostu należałoby się rozstać… A jeśli i Wy stanęliście przed identycznym dylematem, zapraszam do zapoznania się z poniższym zestawieniem. Wspólnie możemy przeanalizować sobie słabe, jak i silne strony każdego z kandydatów! W końcu pojedynek „Death Match” nie powinien zakończyć się bez ofiar… A skoro tak, to odrzućmy sentymenty i niech poleje się krew!

W prawnym narożniku widzimy „Ayakashi: Romance Reborn” grę o miłości, która przetrwała tysiąclecia. A przynajmniej tak była reklamowana. Młoda dziewczyna poznaje szereg ayakashi, z którymi jej poprzednie wcielenie łączyła bardzo bliska więź. MC ma więc okazje odkryć prawdę o sobie, zostać potężnym onmyoji, uratować miasto przed potworami i oddać serce jednemu z czarujących japońskich demonów.

Lewy narożnik zajął stosunkowo młody zawodnik – gra „Obey Me!”, która zadebiutowała w ostatnich miesiącach 2019 r. Aplikacja opowiada o bliżej nieokreślonym bohaterze/bohaterce, która zostaje zmuszona chodzić do szkoły dla demonów… i to nie byle jakich, bo m.in. awatarów siedmiu grzechów głównych, z którymi będzie mogła zawrzeć pakt i finalnie podporządkować ich sobie jak posłuszne, choć nieco przerażające – bo jedzące ludzkie dusze – pokemony.

*Gong!*

Runda I: Main Hero

Bohaterką „Ayakashi: Romance Reborn” jest młoda onmyoji Futaba, o której śmiało można powiedzieć, że jest to dziewczyna „z jajami”. Nie daje sobie łatwo wchodzić na głowę i choć większość z jej rzekomych towarzyszy broni traktuje ją niepoważnie, to dziewczyna długo i ciężko trenuje, aby zapracować na szacunek w ich oczach. Właściwie… bardziej przypominała mi MC jakiegoś shonena. Wiecie, jest jak Naruto czy Luffy… zrobi wszystko, aby obronić swoich „nakama” i żaden przeciwnik nie jest jej przy tym straszny. Może dlatego tak lubię Futabę? Nawet pomimo jej nieporadności w sprawach sercowych?

W zasadzie, na tym etapie fabuły, absolutnie nic nie wiemy o MC „Obey Me!”. Może być facetem, może kobietą… raczej jest już starsza, bo nie przypomina nastolatki, chociaż chodzi z demonami do szkoły (?). Absolutnie nie rozumiemy jej motywacji. Niby zawiera pakt z kolejnymi braćmi, bo tak jej podpowiedział jakiś typ uwięziony na strychu, ale co ona/on ma w zasadzie z tego dla siebie? I szczerze mówiąc, ten brak wyrazistości ze strony MC, był dla mnie osobiście sporą przeszkodą. Wolę konkretne postaci, z planami, marzeniami, wadami i zaletami. Tymczasem protagonista/protagonistka „Obey Me!” po prostu nie istnieje. Nie pojawia się nawet na żadnym CG. A wystarczyło zastosować zabieg jak chociażby z „Hustle Cat”, gdzie sami sobie wybieramy płeć i ustawienia dotyczące bohatera, co wymaga tylko niewielkiego zabiegu kosmetycznego od artysty.

Wynik: Punkt dla Gryffi… „Ayakashi: Romance Reborn”!

Runda II: Bohaterowie

W „Ayakashi: Romance Reborn” mamy aż 15 różnych LI. Chciałoby się powiedzieć WOW! Jest w czym wybierać. Ale niestety, choć panowie reprezentują tak ciekawy gatunek, jak różne grupy ayakashi, to gdy przyjrzymy się im uważniej… są dość płascy. Bolało mnie to zwłaszcza w trakcie eventów i pokażę, o co chodzi na przykładzie bliźniąt: Yury i Gaku. Co o nich wiemy? Cierpią z powodu klątwy i lubią różne typy jedzenia: jeden słodkie a drugie pikantne. No to szykujcie się, że ta sama informacja zostanie Wam odtąd podana w każdym dialogu, w każdej interakcji z nimi, w każdej krótkiej scence, w której na chwile wystąpią… i nic poza tym. I nie zrozumcie mnie źle. Uważam, że to fajne chłopaki, ale poważnie, drodzy scenarzyści, przy bohaterach, którzy żyją już 1000 lat nie macie kompletnie nic ciekawszego do powiedzenia? Żadnych wspomnień, przygód z przeszłości, ciekawych przemyśleń? Oni czasami zachowują się wręcz, jakby mieli amnezję. O co ich nie zapytasz, to nie są w stanie na nic odpowiedzieć Futabie, a potem znowu tylko chrzanią o tych cukierkach i papryczkach… Strasznie rozczarowujące. Zwłaszcza że to samo dzieje się w przypadku innych LI. Tengu zawsze chce spać, Aoi zawsze wrzeszczy na Ojiego, lisek ciągle gada o swojej wiosce, a Shizuki o lisku… itd. Może dlatego z takim zniecierpliwieniem czekałam na ostatnią frakcję. Liczyłam, że perspektywa antagonistów wniesie nieco świeżości.

No to przejdźmy do naszych demonów. Każdy bohater w „Obey Me!” reprezentuje jeden z grzechów głównych, ale to nie tak, że determinują one kompletnie ich osobowość, co widać po części w mechanice kart. Dla przykładu, mimo że to Lucyfer jest „pychą”, nie ma na nią „wyłączności” i podobne zachowania wykazują też np. Asmo (przez samouwielbienie) czy Szatan (niechcący ustąpić pola najstarszemu z braci). Nawet Beel, który początkowo jawił mi się jako postać płaska niczym papier, ostatecznie pozytywnie mnie zaskoczył. Gdy bracia zbadali, o czym myśli, przy pomocy specjalnej apki, wyszło, że 40% jego mózgu skupia się na „rodzinie”, a nie na jedzeniu, jak można by się spodziewać po awatarze Głodu. Czasami coś ugotuje (gardzi zdolnościami kulinarnymi Mammona), uprawia sporty (a na zawody zaprasza rodzeństwo), dręczy go poczucie winy z przeszłości… Innymi słowy: cały czas coś nowego. I chociaż w „Obey me!” zdecydowano się na konwencję komediową, muszę przyznać, że przedstawienie bohaterów wyszło im bardzo zgrabnie. Ja początkowo kompletnie nie wierzyłam, że ta gra ma jakąkolwiek szansę mnie zainteresować. Szczególnie Mammon mnie do siebie zniechęcił, a teraz uśmiecham się, ilekroć widzę tego tumana na ekranie… XD. W jednej ze scen chłopaki nawet otwarcie szydzą sobie z faktu, że są stereotypowymi LI, więc jeszcze raz muszę pochwalić twórców za dystans i to jak naturalnie udaje im się pokonywać „czwartą ścianę”.

Wynik: bezsprzecznie punkt dla „Obey Me!”

Runda III: Romans

Wcześniej porównałam Futabę do bohatera shonena, ale uczciwiej byłoby chyba powiedzieć, że cała aplikacja utrzymana jest w tym duchu. Przez długi, długi, dłuuugi czas bohaterowie są dla siebie przede wszystkim towarzyszami broni i dopiero w końcówce, czasami, z rzadka, wymieniają szybkie buzi-buzi. Nieco bardziej urocze scenki znajdziemy w prawie niemożliwych do odblokowania (bo to dosłownie 1% szansy) dodatkach „Romance Sonnets”, które są faktycznie poświęcone relacji naszej MC z jej wybrankiem. W „Ayakashi: Romance Reborn” mamy też indywidualne rozdziały każdego z panów, dzięki czemu możemy się dowiedzieć czegoś więcej na temat każdego z nich, ale i tak miałam wrażenie, że te wszystkie rzekome uczucia rozwijają się zbyt pospiesznie i nie bardzo wiadomo, z czego wynikały.

W „Obey Me!” nie jest jednak pod tym względem dużo lepiej. Miałam wrażenie, że MC stanowi dla demonicznych braci coś w rodzaju interesującej zabawki. Czasem ją/jego obłapiają, zabierają gdzieś ze sobą, ale przeważnie przez 99% czasu wciągają w swoje konflikty. Nie uraczymy tu wiele miłosnego zainteresowania, bo jak same demony stwierdzają, żyją już ponad 5000+ lat i niewiele rzeczy ich zadziwia, interesuje czy wzrusza. O uwagę MC potrafią się jednak bić między sobą jak dzieciaki – szczególnie Asmo i Mammon, choć i tak widzą w niej/nim podrzędną istotę, której dusze chętnie by pożarli. Później MC doskonale wpisuje się w dynamikę tej toksycznej grupy, ale dla mnie była po prostu jak kolejne, niekiedy bardziej rozsądne, rodzeństwo niż obiekt westchnień. Nie wiemy też na tym etapie, jakie plany mają w przyszłości twórcy. Czy to w ogóle będzie gra otome? Poza „common route” i krótkimi scenami z kart lub telefonami od postaci nie mamy tutaj indywidualnych ścieżek, więc trudno przewidzieć jak historia potoczy się potem.

Wynik: zdecydowana przewaga „Ayakashi Romance Reborn”!

Runda IV: Świat przedstawiony

Fundamenty świata przedstawionego w „Ayakashi: Romance Reborn” są bardzo solidne – wiemy, że akcja toczy się zaraz po upadku Shinsengumi, a Japonia stoi u progu wielkich przemian po wzmożonym kontakcie ze światem Zachodu. Również sposób egzystowania ayakashi w tym wszystkim został wiarygodnie wytłumaczony. Niektórzy ukrywają się we własnych wioskach, inni między ludźmi, a jeszcze inni tworzą grupy terrorystyczne. Nie mamy więc najmniejszych wątpliwości, gdzie, kto i dlaczego się tam znajduje. I choć brakuje w tym wszystkim oryginalności, to jest na szczęście bardzo spójne.

Dla odmiany, gdybyście zapytali mnie o „Obey Me!” to, przynajmniej na tym etapie, nie jestem w stanie w 100% odpowiedzieć, jak ten świat przedstawiony właściwie wygląda. Devildom wydaje się wymiarem równoległym do Niebiańskiego i Ludzkiego, ale skąd się właściwie biorą demony, anioły, i jakie są ich relacje z ludźmi… pojęcia nie mam. A jak do tego wszystkiego dodamy jakieś czarownice, czarowników, chowańce i inne – to już ogólnie robi się chaos. Miejscami korzystano z jakiś biblijnych odniesień np. był tam sobie jakiś bunt Lucyfera, który był najszlachetniejszych z aniołów, czy pojawia się wzmianka o Lilith, ale nie jestem przekonana, w jakim stopniu i na czym faktycznie się opierano. Np. wiemy, że istnieje sobie jakiś władca piekła… ale kto w takim razie kieruje aniołami? Wszechmocny bóg? A jeśli tak, to czemu z tych demonów to w sumie takie spoko osoby, kiedy anioły wydają się tak strasznymi, narcystycznymi dupkami? I takie inne niedopowiedzenia… Ale to nie tak, że się czepiam, bo przecież mamy do czynienia z komedią. Mimo wszystko chętnie dowiedziałabym się więcej na temat funkcjonowania przedstawionego świata.

Wynik: „Ayakashi Romance Reborn” zbiera punkty do potrójnego combo…

Runda V: Aspekt techniczny

Jeśli chodzi o „Ayakashi: Romance Reborn” to jest ok, chociaż wkurza mnie parę drobnych rzeczy. Np. żeby usłyszeć nowe dialogi postaci muszę non stop ustawiać innego LI na ekranie głównym i tym sposobem je zmieniać. Z tego powodu mam wylane na te mikro-dodatki noworoczne, bo nie chce mi się grzebać w opcjach. Podobnie irytujące jest to, że nie mogę obejrzeć CG dostępnych kar z tego samego panelu, z którego je awansuje… Muszę iść do ustawień postaci i dopiero wtedy znajduję „CG album”.

Co zaś się tyczy „Obey Me!” kocham pomysł, by interfejs imitował telefon. Wszystko jest tutaj czytelne i łatwo dostępne. Szczególnie te nachalnie reklamowane zakupy w „Akuzonie”. XD Ani razu nie miałam tak, że psioczyłam, iż nie mogę czegoś znaleźć lub jest w nieintuicyjnym miejscu. Nawet zmienianie postaci odbywa się szybko, bo cała reszta „odblokowuje się z automatu”. W tym samym miejscu, gdzie leveluje karty.

Wynik: bezsprzecznym zwycięzcą zostaje „Obey Me!”.

Runda VI: Mini-gry

W „Ayakashi: Romance Reborn” dostajemy 3 mini-gierki: zapraszanie ludzi do restauracji, które wymaga od nas… w sumie niczego. Klikamy tylko zaproś trzy razy dziennie, automatycznie uzupełniają się karty i po sprawie. Następną jest patrolowanie. Wybieramy karty, skręć w lewo lub w prawo i tyle… Wreszcie ostatnia gra to wspieranie wojska. Dobieramy karty, czasami musimy narysować pentagram na czas, ale znowu praktycznie wszystko dzieje się automatycznie. Eventy stanowią połączenie patrolowania ze wspieraniem wojska… i jest to, nie ukrywajmy, nudne. Co więcej, gra wymusza na nas posiadanie „przyjaciół”, aby punkty z ich kart były dodawane do naszych wyników. Innymi słowy, czujemy się trochę jak maszyna, od której absolutnie nic nie zależy. Dlatego nie lubię tych gier i stały się dla mnie szybko smutnym obowiązkiem, by grindować klucze.

W „Obey Me!” są w zasadzie aż/tylko dwie mini-gry. Pierwsza z nich to wysyłanie demonów do pracy w jednym z budynków… znowu niewiele tu od nas zależy i przypomina zapraszanie do restauracji z konkurencyjnego tytułu. Jest to jednak najskuteczniejsza metoda grindowania kasy. Druga mini-gra to pojedynki… taneczne (w trybach normal i hard). Wybieramy trzyosobowy skład pod konkretny grzech (= słabość przeciwnika), a potem w odpowiednim momencie musimy klikać serduszka lub „uwalniać” moce naszych demonów, by wykonać super atak. A chociaż nie wymagają tu od nas wiele, to jednak jest coś relaksującego w patrzeniu na te skaczące ludziki. XD W trakcie eventów nie uraczymy żadnego dodatkowego mechanizmu. (Poza, oczywiście, szansą na kupienie i zdobycie ultra rzadkich kart).

Wynik: Kolejna runda zdecydowanie należy do „Obey Me!”. Wywijasy na parkiecie w wykonaniu chibi-demonów nie mogły nie zostać docenione!

Runda VII: Finansożerność

„Ayakashi: Romance Reborn” dostępne jest w trypie free to play i płacimy tak naprawdę za waluty w grze – za które możemy kupować nowe karty w packach i czasami wylosuje nam się coś fajnego, a czasami kompletny syf. Za darmo mamy dostęp jedynie do powszechnych kart. Wszystkie inne musimy zdobyć w eventach lub z płatnych packów. Na szczęście dostęp do fabuły nie jest w żaden sposób ograniczony i wymaga od nas jedynie kluczy, które możemy kupić (za okruchy w grze) albo zdobyć nabijając poziom postaci. Póki co nie miałam większych problemów, by nazbierać sobie zapas kluczy i poznawać kolejne rozdziały, gdy tylko się pojawiły.

„Obey Me!” wykorzystuje identyczny model, czyli teoretycznie jest to gra darmowa, ale również płacimy za karty. I tak samo, niektóre karty zdobędziemy tylko w eventach a inne z darmowych losowań. Nie wiem jak będzie w przyszłości, ale póki co, twórcy tego tytułu są hojniejsi w rozdawaniu waluty potrzebnej do kupowania fajnego stuffu. W zasadzie każdego dnia możem bez problemu nabić sobie 20 kryształów za dzienne questy (dla porównania w „Ayakashi Romance Reborn” zdobędziemy za to samo 3 – i nie mogą być wszędzie użyte).

Wynik: na tę chwilę granie w „Obey Me!” obciążyło mój portfel znacznie mniej, a musicie wiedzieć, że nie mam oporów z płaceniem za rzeczy w grach, więc to nie tak, że opłakuję każdą złotówkę. W końcu studio musi na czymś zarobić.

Runda VIII: Powrót do starych eventów/dostępność kart

W „Ayakashi: Romance Reborn” umożliwiono nam powrót do starych eventów – Revival, co jest rozwiązaniem o tyle fajnym, że możemy przeczytać opowieści, które przegapiliśmy. Nie wymaga to od nas niczego poza zalogowaniem się do wybranej historii z poziomu opcji. Co miesiąc odświeża nam się liczba eventów, w których możemy na tej zasadzie brać udział. Jeśli zaś chodzi o karty to są one systematycznie dodawane do głównej puli, więc zawsze jest szansa, że je wylosujemy, używając po prostu płatnego „drawn”. No to w czym tkwi haczyk? Ano, w „Ayakashi: Romance Reborn” nasz postęp we „wskrzeszonych” eventach jest restowany. Czyli jak skończy nam się czas, bo wydarzenie jest dostępne tylko kilka dni, to musimy potem znowu zaczynać wspinać się po drabince od zera. Jeśli więc liczyliście, że tak dostaniecie brakujące Wam karty… to niestety, będzie to proces znacznie bardziej skomplikowany i wymagający licznych powtórzeń.

Dla odmiany w „Obey me!” gra zapamiętała, na jakim etapie zakończyliśmy nasze uczestnictwo w evencie, gdy toczył się po raz pierwszy, i możemy sobie, po jego ponownym odblokowaniu z panelu, kontynuować zabawę przez 4 dni, zbierając wszystko, czego nam brakowało, a potem powtórzyć ten proces i tak w kółko, aż do ukończenia całość. Aby wskrzesić event wystarczy wydać 10 punktów płatnej waluty lub mieć specjalny bilet. Co było rozwiązaniem naprawdę szczodrym, bo zdobyłam tak spokojnie najsilniejsze karty, które wcześniej były poza moim zasięgiem. Co się tyczy innych kart z losowań, to co jakiś czas organizowany jest dodatkowy drawn ze „wskrzeszaniem” i tam mamy szansę wylosować coś, czego nam brakowało. Czyli obie apki są pod tym względem dość podobne.

Wynik: Po raz kolejny „Obey me!” zaproponowało mniej czasochłonne i bardziej przyjazne graczom podejście. Zdecydowanie zasługują więc na punkcik i pochwałę!

Podsumowanie: „Ayakashi: Romance Reborn” = 3, “Obey Me!” = 5.

Bardzo wyrównana walka, ale złoto zgarniają diabełki… (Mammon nie sprzedaj tego od razu!). Gdybym musiała teraz wybierać, zostałabym przy tytule od „Shall we date?”, ale na szczęście mam jeszcze przez jakiś czas zapas kluczy i diamentów do wydania, by kontynuować zabawę z oboma tytułami i zobaczyć, jak sytuacja potoczy się w przyszłości…

Zwłaszcza że to naprawdę fajne gry i zasługują na uwagę. Jestem więc pewna, że nie każdy zgodzi się z powyższymi punktami – ale moje zestawienie jest czysto subiektywne i na 100% coś mogło mi umknąć, a co wpłynełoby pozytywniej na konkretne oceny.

A jak jest w Waszym przypadku? Wiecie już komu oddalibyście pierwsze miejsce na podium?

2 komentarze do “Pojedynek: Obey Me! vs Ayakashi: Romance Reborn

  • 19 maja 2020 o 20:40
    Permalink

    Zdecydowanie brakuje mi jeszcze jednej rundy, a mianowicie „częstotliwość występowania eventów” bądź „promocje”, które dają obie gry na dane „wspomagacze”. Co do Ayakashi to nie mam bladego pojęcia, jak to wygląda, bo nie tknęłam tego tytułu, natomiast już od bodajże dwóch miesięcy siedzę w Obey Me! i zauważyłam, że co rusz twórcy serwują jakieś eventy albo promocje na daną paczkę wspomagaczy po niskich cenach(oczywiście ich wewnątrzwalutowych).
    Osobiście Obey Me! zyskuje u mnie punkt jeszcze z tego powodu, że oprócz oferowanej głównej fabuły można zaglądać na tzw. Devilgram, gdzie przy odblokowanych ze zdobytych kart zdjęciach są osobne historyjki do poczytania, gdzie MC nie ma żadnej interakcji, bądź jakaś tam występuje.
    Jednak minusem jest fakt, że MC ma mocno ograniczone pole działania, momentami sugerowane odpowiedzi do wyboru wydają się być skrajnościami(czasem skrajnie durne). A można byłoby na tej płaszczyźnie wiele uczynić z MC, jednak no cóż… Została totalnie spłaszczona, bez charakteru, a czasem sugerowane odpowiedzi okropnie mnie żenują. Jednak mimo wszystko polubiłam grę za fabułę, nawet jeśli ona opiera się na rozwiązywaniu problemów rodzinnych demonicznych braci x3

    • 20 maja 2020 o 22:48
      Permalink

      Hej! Dziękuję za odwiedziny bloga i podzielenie się swoimi uwagami. 😊 Zdecydowanie zgadzam się z Twoją opinią w kwestii ilości eventów. W „Obey me!” jest ich więcej (prawie co tydzień dostajemy te z fabułą/historyjką, jeśli się nie mylę), kiedy w „Ayakashi” mamy ich około 2 na miesiąc.

      Przyznam jednak szczerze, że właśnie ze względu na to, że w „Obey me” jest ich nieco za dużo – jak na mój gust – przestałam brać w nich udział… Kiedy jednak jeszcze grałam systematycznie, to również zauważyłam, że w zasadzie bez większego wysiłku udawało mi się dostać cenne karty (a w okolicach premiery apki, na samym początku, to nawet jakieś sensowne miejsce w rankingach), kiedy w „Ayakashi”… cóż, nic mnie nie zmusi by znowu brać udział w tych niekończących się patrolach. Zwłaszcza teraz, gdy trzeba utrafić w odpowiednią godzinę, aby były odblokowane… Kto to w zasadzie wymyślił? Z punktu widzenia sprzedażowego, to jakiś absurd, by uniemożliwiać graczom dostęp do contentu w ten sposób. Niektórzy z nas przecież pracują, studiują, zajmują się rodziną i ogólnie mają ciekawsze zajęcia niż polowanie na godzinę otwarcia patrolu w czasie rzeczywistym. (-‸ლ)

      Dlatego jak najbardziej – ze swojej strony również wskazałaby „Obey me” jako zwycięzcę kolejnej rundy.

Dodaj komentarz

Translate »
error

Spodobał Ci się blog? Możesz śledzić moje kanały i dać mi o tym znać~! (b ᵔ▽ᵔ)b