Recenzja: Lake of Voices

Informacje podstawowe:
  • Tytuł: Lake of Voices
  • Developer: GB Patch Games
  • Wydawca: GB Patch Games
  • Pełen dźwięk: angielski
  • Napisy: angielski
  • Rozszerzenia i powiązane tytuły:
  • Mój czas gry: 4 h
Do kupienia:
  • PC – Cena: darmowa (do pobrania TUTAJ lub wersja na Steama)
Opis fabuły:

Aż chciałoby się podsumować cytatem: „…i nie został już nikt” – Lake of Voices to gra stworzona przez studio GB Patch Games, które ma już na koncie kilka produkcji z rodzaju VN, a której fabuła opowiada o grupie zdeterminowanych ludzi chcących przekroczyć magiczne jezioro Sinnlos. Czemu? Bo przynajmniej dwójka z nich, strażnicy Kikka (= nasza MC) i jej towarzysz broni – Bemelle, zostali wysłani z misją i muszą udzielić pomocy mieszkańcom, żyjącym na drugim brzegu. Oczywiście, mogliby nadłożyć drogi i ominąć cieszące się złą sławą jezioro, ale w ich przypadku każda minuta zwłoki jest cenna. Dlatego ryzykują spotkanie z tajemniczym „Przewodnikiem” (oryg. The Guide), czyli jedyną osobą, która orientuje się w labiryncie magicznych mostów łączących ze sobą oba końce, a które pojawiają się nocą i znikają za dnia.

A choć to wyzwanie może nie wydawać się trudne – w końcu na przeprawę mają całą noc – w zadaniu tkwi pewien haczek. (A w sumie to kilka ;)). Po pierwsze jezioro zamieszkują dziwaczne stwory, nazywane Nixi, które boją się światła, ale z przyjemnością atakują pod osłoną ciemności i wciągają bezbronnych podróżnych do wody. Po drugie: układ mostów cały czas się zmienia i tylko Przewodnik dysponuje wiedzą, jak się po nich w ogóle poruszać. Po trzecie: mosty mają brzydką tendencję by się nagle… zatopić. A to oznacza, że nawet podczas odpoczynku nikt w zasadzie nie jest bezpieczny, bo w każdej chwili może wylądować na dnie.

I chociaż „Lake of Voices” to typowa visual novel to ma znamiona gry survivalowej. Naszym celem jest doprowadzenie grupy śmiałków na drugi brzeg, a przy okazji nawiązanie z niektórymi z nich bliższej relacji. Celowo nie mówię o romansie, bo nie zawsze nastawienie MC i jej towarzyszy jest nacechowane romantycznie. Czasami to zwykły szacunek, litość, albo strach przed zastaniem samemu… Stąd w grze znajdziemy całkiem sporo endingów: zarówno tych pozytywnych, jak i koszmarnych, bowiem nie tylko kompani, ale i MC mogą nam skonać w trakcie gry na różne sposoby. Dodatkowego dreszczyku emocji dodaje fakt, że ważne fabularnie wybory mają ograniczenie czasowe. Nie możemy się więc w nieskończoność zastanawiać czy ratować bohatera A lub B albo czy słuchać czyjegoś rozkazu i skoczyć na drugi most, a może bezpieczniej jest zostać i poczekać?

Miałam jednak pewne wątpliwości, bo taka konstrukcja gry wydawała mi się bronią obosieczną. Z jednej strony lubię dojrzalsze tytuły, które nie boją się „odstrzelić” nam NPCów, abyśmy poczuli, że „sprawa jest poważna”. Z drugiej: w pewnym momencie męczyło mnie czekanie na te kluczowe rozgałęzienia/decyzje, bo już wiedziałam, że fabuła zawsze będzie wyglądać w ten sam sposób „gadka-szmatka –> akcja –> wybór –> tracimy towarzysza –> powtórz” i tak do samiutkiego końca. Dlatego to, co początkowo było największą zaletą „Lake of Voices”, w pewnym momencie sprawiło, że ucierpiała ciekawa kompozycja. Trochę wiedzieliśmy już, co nasz czeka. Na szczęście powtarzalność nadrabiano klimatem – w tym poczuciem ciągłego zagrożenia i beznadziei.

Na pochwałę zasługuje z kolei kreacja głównej bohaterki. Jak tak sobie myślę, to chyba na kciukach jednej dłoni jestem w stanie policzyć gry, gdzie MC ma ciemniejszą karnację czy należy do jakiejś oryginalnej mniejszości kulturowej. Kikka nie tylko wyróżnia się wyglądem – to postawna, silna i wysoka kobieta, ale też charakterem – bo chociaż stara się ocalić wszystkich, to podejmuje często bardzo racjonalne i spokojne decyzje, nie pozwalając, by uczucia przyćmiły jej osąd. Była więc w tym wszystkim bardzo profesjonalna, a zatem łatwo się z nią sympatyzowało. I nawet nieco bezemocjonalny głos anglojęzycznej aktorki bardzo dobrze oddawał stociką osobowość tej nietypowej heroiny.

Poza Kikką w grze występuje jeszcze wspomniany, drugi strażnik Bemelle – który jest takim poczciwym bucem o trudnym do wymówienia imieniu (jak kpią inni bohaterowie). W sensie: stara się być pomocny, ale jego brak ogarnięcia często sprawia, że obraża swoich rozmówców. Zdarza mu się też być przesadnie agresywnym czy podejrzliwym, ale nigdy wobec Kikki, którą darzy chyba jakimiś cieplejszymi uczuciami.

Kolejną osobą w drużynie – a zarazem potencjalną przyszłą partnerką Kikki – jest Margret. Niewiele wiadomo o dziewczynie na początku. Dlaczego wybrała drogę przez mosty? Co chce przez to osiągnąć? Widać, że brakuje jej przeszkolenia (w odróżnieniu od strażników) i ma najgorszą kondycję z całej grupy. Nosi okulary, lubi książki i ogólnie bywała nieco pyskata. Jakoś jednak nie potrafiłam sympatyzować z jej motywacją, bo postawiła aż za wiele na jedną kartę. Chociaż to bardzo miło, że wprowadzono do gry ścieżkę tylko o uczuciach pań.

Trzeci jest oczywiście Przewodnik. Bardzo zimny i enigmatyczny typ, który już na wstępie informuje, że ta wycieczka nie skończy się bez ofiar. Nie kłopocze się przy tym odpowiadaniem na pytania, które jego zdaniem są bezcelowe. A skoro widział już niejedną śmierć, nie bardzo go wzrusza utrata kolejnych uczestników podróży. Miał jednak dość ciekawą filozofię – którą poznamy tylko po przegryzieniu się przez gruby mur jego osobowości. (Poważnie, przydałaby się rekinia regeneracja zębów…).

Wreszcie, ostatnim z paczki, jest spotkany „po drodze” Lu… który próbuje dostać się na przeciwny brzeg, niż główna parka strażników. Zupełnie jakby przed czymś uciekał. Nie chcę jednak zdradzać zbyt wiele z fabuły, dlatego powiem tylko, że jego suche żarty miały na celu rozładować nieprzyjemną atmosferę, ale często przynosiły efekt wprost odwrotny. Podobało mi się jednak jak w pewnym momencie wytknął Przewodnikowi, że ten dość ssie w wykonywaniu swojej pracy, skoro tracił tylu wycieczkowiczów.

Co ciekawe w „Lake of Voices” pod wszystkie postacie zostały podłożone głosy aktorów. I choć nie miałam większych obiekcji do ich sposobu czytania (czasami tylko wyszło coś drętwo), to dało się zauważyć, że niektóre kwestie były „cichsze” od pozostałych, jakby różniły się jakością pliku. Uderzało to zwłaszcza w przypadku Margret. Tekst w napisach różnił się także miejscami od tego, co prawdopodobnie otrzymali aktorzy do nagrania. Podejrzewam więc, że pracowano na innej wersji skryptu, niż ten który finalnie trafił do gry. Na szczęście chodzi tylko o pojedyncze słowa, a nie np. całe zdania.

Nie powaliła mnie również oprawa wizualna. Powiedźmy sobie szczerze, że postaci stoją w dość nienaturalnych pozach (trzymają się ciągle za coś), a ich CG są na szalenie nierównym poziomie. Przeważnie pozbawione tła i niespójne ze sobą nawet w sposobie ukazywania tego samego bohatera. (Przewodnik poniżej stał się dość angeliczny…).

Mam więc trochę zastrzeżeń do aspektu technicznego, ale nie będę się nad tym dłużej wyżywać, bo nie lubię krytykować darmowych gier. Wszyscy wiemy, że gdyby dysponowano budżetem, to z pewnością naprawiono by wiele z wymienionych przeze mnie potknięć. A gra jak na produkt „free” nie jest znowu tak krótka, bo ukończenie jej zajęło mi 4 godziny… Dlatego w pełni rozumiem pojęcie na zasadzie „coś za coś”. I w tym wypadku padło, niestety, na dźwięk i ilustracje.

Czym zatem „Lake of Voices” się broni i dlaczego w ogóle wspinam o nim na tym blogu? Ano fabułą, bo porusza nawet ciekawy problem i – co więcej – wysilono się, aby odpowiedzieć na wszystkie postawione pytania. Stąd, jeśli interesuje Was, co naprawdę dzieje się na jeziorze, czym są te stwory, dlaczego Przewodnik wciąż ryzykuje życie, mimo że ma najbardziej kijową pracę świata i czy bohaterom uda się wypełnić powierzoną przez Starszyznę misję – to gwarantuję, że nie zostaniecie z niczym, ani nie usłyszycie enigmatycznego „eee… za wszystko odpowiedzialna jest jakaś magia!”. Zakończenie „Lake of Voices”, a przynajmniej te zdradzające całą prawdę, jest dość… nieoczekiwane. Może nie powaliły mnie wszystkie rozwiązania fabularne, ale przynajmniej zadbano, by każda zagadka została rozwiązana i opowieść stanowiła spójną całość.

Powinnam jednak przestrzec miłośników romansów, że to nie jest w żadnym razie gra otome. Jasne, z niektórymi z bohaterów uda nam się mieć jakąś uroczą scenkę, a nawet wyznać coś w rodzaju zauroczenia, ale nie nastawiajcie się na budowanie silnych więzi i masę CG z MC i LI w objęciach. Co zresztą ma sens, bo jak w grę wchodzi przetrwanie, to jakoś trudno skupiać się na flirtowaniu. W każdej chwili ktoś może zgubić latarnie, zostać zaatakowany przez Nixi, albo po prostu poślizgnąć się na mokrym moście i pożegnać z życiem. Stąd szukanie drugiej połowy jabłuszka warto odłożyć na później. Co zrozumieli wszyscy z podróżujących. (A niekiedy wręcz zbyt błyskawicznie otrząsali się po utracie przyjaciół – tak uparcie nie poddawali się emocjom!).

„Lake of Voices” daje nam również surową lekcję, że nie zawsze wszystkich da się ocalić. A czasami jest to po prostu niebezpieczne. Może się bowiem okazać, że dokonując wyborów i bawiąc się we władcę przeznaczenia, ściągnęliśmy zagładę na całą grupę. Stąd skromniejszy, niepełny „happy ending” bywa niekiedy najlepszą opcją. Zupełnie jakbyśmy wybierali spopularyzowane w „Wiedźminie” mniejsze zło. I właśnie dlatego nasza bohaterka musi najpierw doświadczyć paru niepowodzeń, aby w pełni ukształtować swoją filozofię i zrozumieć, że być może wcześniej miała na wszystko zbyt naiwną perspektywę.

A gdyby ciężkiego klimatu było Wam jednak nieco za dużo, to twórcy oferują jeszcze trzy bonusowe historie, odblokowywane po osiągnięciu konkretnych endingów, gdzie szydzą trochę z własnych postaci. Miło więc, że potrafili się do swojego tytułu odpowiedni zdystansować. Ja z kolei zyskałam szansę, na spojrzenie na pewne, kluczowe wydarzenia w bardziej komediowym świetle. Yoshi, yoshi, biedny Nixi!

„Lake of Voice” to pod wieloma względami ciekawa gra. Nie pozbawiona błędów, ale umiejąca miło zaskoczyć, jeśli tylko przymkniemy oko na jej niektóre potknięcia.


Plusy:

+ Konkretna, silna i zdeterminowana MC;

+ Wiele zakończeń, które można ocenić jako słodko-gorzkie;

+ Konwencja survivalu: możemy stracić drużynę przez błędne wybory;

+ Pewne akcje mają ograniczenia czasowe, co nadaje dynamiki scenom.

Minusy:

– Niedociągnięcia techniczne: niepasująca do siebie głośność nagrań lektorskich, różnice w napisach i w czytanych kwestiach, niedopracowane ilustracje;

– Jeśli za szybko przypadkiem trafimy na ending ujawniający intrygę, to poznawanie innych zakończeń jest już mało ekscytujące;

– Po utracie Bemellego moja MC już w następnej scenie przeszła do porządku dziennego.


All the videos, logos, images, and graphics used on the blog belong to ©GB Patch Games.

I do not claim any right over them and were used on my blog for informational purposes only.

Dodaj komentarz

Translate »
error

Spodobał Ci się blog? Możesz śledzić moje kanały i dać mi o tym znać~! (b ᵔ▽ᵔ)b