Ray – wampir

Informacje dodatkowe:
Recenzja:

Ah, Ray… Jak cię ocenić? Ze wszystkich ścieżek dostępnych w Ephemeral -Fantasy on Dark- zachowanie bohaterki jest najbardziej niezdrowe właśnie w tej, a relacja łącząca parę przywodzi na myśl obsesje…

Zacznijmy od tego, że w świecie przedstawiony, czyli Krainie Mroku, obowiązuje ścisła hierarchia potworów. Wampiry są na drugim miejscu, czyli u samego szczytu drabiny, gdy zombie zajmują absolutnie najgorszą pozycję – nawet w porównaniu z takimi cudakami jak żabie-demony. Kiedy więc nasza bohaterka – Cloe (domyślne imię) dostaje się do szkoły, będąc jedyną reprezentantką pogardzanej rasy, wiemy od samego początku, że możemy spodziewać się kłopotów i problemów na tle dyskryminacji.

Niestety, mam wrażenie, że zamiast skorzystać z okazji i pokazać, że bohaterowie chcą się uwolnić od chorego systemu, to scenarzyści pozwolili im całkowicie się w tej patologii pogrążyć. O czym zresztą zaraz się przekonacie, gdy podam konkretne przykłady w dalszej części recenzji.

Cloe już pierwszego dnia musi wskazać, kogo z klasy chciałaby na swojego „opiekuna”. Czyli kogoś, to wprowadzi ją w życie szkolne z polecenia nauczyciela. Wybiera więc sobie na partnera wampira – Raya, faceta ogólnie budzącego strach i podziw u innych uczniów. Pozornie wydaje się, że blond włosy krwiopijca nie ma żadnych wad. Jest przystojny, inteligentny, pochodzi ze szlacheckiej rodziny, uganiają się za nim tłumy fanów… ale jeszcze tego samego dnia pokazuje pazury (a raczej kły), gdy w nieprzyjemnych słowach wyjaśnia bohaterce, że nie zamierza oprowadzać jej po szkole, nawet jeśli nauczyciel bezpośrednio poprosił go o zaopiekowanie się nowoprzybyłą. Wreszcie, przyciśnięty, Ray decyduje się pokazać Cloe parę pomieszczeń i skrzydeł, ale szybko przechodzi mu ochota na oprowadzanie, a zamiast tego informuje dziewczynę, że będzie odtąd jego nową zabawką.

Dlaczego? Bo wampiry w grze zachowują się nieco jak sroki. W sensie odczuwają silnie pragnienie kolekcjonowania wszystkiego, co piękne. I to do tego stopnia, że mogą stanowić zagrożenie dla innych uczniów, jeśli uznają ich za atrakcyjnych. Jednocześnie wszystko, co brudne czy brzydkie budzi ich odrazę. Stąd Ray nosi cały czas rękawiczki, aby np. nie musieć dotykać odrażających go rzeczy czy osób. Dla odmiany zombie w Ephemeral -Fantasy on Dark- odbiegają od tego, do czego przyzwyczaiła nas popkultura. Rodzą się niezwykle piękne, ale z czasem ich uroda przemija, a wtedy zmieniają się już w doskonale nam znane, chodzące zwłoki. Stąd Cloe wygląda jak bogini. Nawet jeśli nie jest tego początkowo świadoma, bo nigdy nie opuszczała Wioski Zombie.

Tak czy inaczej, Ray jest jej wyglądem szczerze zafascynowany, a że musi jakoś zaspakajać pragnienie picia krwi, postanawia wspaniałomyślnie dołączyć nową uczennicę do swojego stadka dawców… Tyle że pojawia się pewien problem. Po pierwsze, Cloe wcale nie chce być traktowana w taki sposób i bynajmniej nie odpowiada jej zachowanie ledwo co poznanego kolegi, po drugie: jej krew okazuje się obrzydliwa w smaku. Zombie mają bowiem bardzo spowolnione zdolności regeneracyjne, podobnie jak tempo cyrkulacji krwi, stąd ugryzienie jej szyi okazuje się dla Raya bardzo nieprzyjemne w skutkach.

Zirytowany wampir postanawia ją wtedy po prostu zostawić… i Cloe musi błagać swojego oprawcę o ratunek. Zaczyna się bowiem wykrwawiać na śmierć, a jej ciało nie jest w stanie sobie same poradzić z tak dużą raną. Ostatecznie Ray bardzo niechętnie zabiera ją do szkolnego pielęgniarza – mumii. Co w efekcie sprawia, że MC unika tragicznego finału i nie skonała na szkolnym korytarzu. Zresztą, Cloe będzie od tej pory stałym bywalcem szkolonego skrzydła medycznego, bo co chwila coś jej się będzie w fabule przytrafiać, by przypomnieć nam, że ta bohaterka to prawdziwa lalka z porcelany.

Pomyślałby zatem kto, że po takiej przygodzie, Cloe będzie trzymała się od tak niebezpiecznego i dość okrutnego wampira z daleka. Ale nic z tych rzeczy! Zamiast tego zaczepia go ponownie, tym razem prosząc, aby pomógł jej w lekcjach. Ray ma bowiem doskonałe wyniki praktycznie z każdego przedmiotu, kiedy dziewczyna ledwo radzi sobie z opanowaniem podstaw. Facet, oczywiście, odmawia i po raz kolejny ją wyzywa od najgorszych (jak 100% tsundere) i dopiero nieustępliwość dziewczyny sprawia, że zmienia zdanie. Prawdopodobnie tylko dlatego, bo ponownie uległ swojej słabości wobec piękna – a już zwłaszcza łzy Cloe robią na nim szczególnie wrażenie.

Od tej pory MC będzie się za nim uganiać cały czas, szukając kolejnych okazji do nawiązania kontaktu. Niby dlatego, że przecież Ray miał być jej „partnerem”, ale głównie miałam wrażenie, że ona zaczęła się zachować jak obsesyjna fanka. Na przykład pewnego razu przyniosła mu ciasteczka, rzekomo w podziękowaniu za pomoc przy lekcjach, ale wampir nie chciał przyjąć prezentu. Dziewczyna musiała więc ponownie nagabywać go tak długo, aż wreszcie złamał się i spróbował chociaż jednego. I mimo że dalej był dla niej oziębły, to MC i tak cała tonęła w skowronkach.

Potem zaczyna się robić jeszcze gorzej, bo Cloe uświadamia sobie, że Ray zadaje się z nią jedynie ze względu na jej wygląd. Zaczyna więc w kółko rozmyślać o tym, że musi pozostać dla niego piękna. W przeciwnym razie wampir już jej nie zechce. Wnętrze jej głowy staje się więc dla odbiorcy dość ponurym miejscem, bo możemy obserwować jej narastającą obsesję. W gruncie rzeczy mam wrażenie, że ona była w tym wszystkich bardzo nieszczęśliwa. Wyobrażacie sobie bowiem cały czas żyć pod wpływem takiej presji? Paradoks i patologię tej sytuacji najlepiej widać w części drugiej, czyli „Lovers Route”, gdzie Cloe jest przerażona samym faktem pojawienia się pryszcza, bo jest przekonana, że to koniec jej związku.

W każdym razie jej relacja z wampirem powoli się rozwija, aż Ray staje się dla niej nieco milszy. I chociaż Cloe zaczyna wierzyć, że teraz nie jest mu już całkowicie obojętna, szybko pojawia się nowy problem. Odkrywa przez przypadek, że jej luby bynajmniej nie zerwał kontaktu z innymi paniami. Nieważne, że traktuje je podle. Jak sam określa: są tylko środkiem, do zaspakajania głodu. Dlatego każe się im trzymać gębę na kłódkę i nadstawić szyi, ale nie zmienia to faktu, że obściskuje się z nimi przed wypiciem krwi. W końcu jakaś gra wstępna przed wgryzieniem się ofiarę musi być. 😉 Potem i tak dziewczęta zostają wyleczone, bo ślina wampirów ma w tym świecie regeneracyjne moce. Nie zmienia to jednak faktu, że MC i tak przez takie sytuacje cierpi. A uczucie zazdrości nie pozwala jej przechodzić obok wszystkiego obojętnie.

Również inne dziewczęta zaczynają się robić wobec zombie podejrzanie wrogie. Pewnego dnia zrzucają ją na przykład ze schodów, co skutkuje nowymi obrażeniami i Cloe znowu ma problemy z wyleczeniem ran. Tym razem pomaga jej jednak Ray – używając swojej śliny – bo zaczyna dostrzegać w zombie również „jej wewnętrzne piękno”. Choć szczerze powiem, nie wiem, co on miał na myśli, bo MC w kółko tylko gadała o tym, że musi być dla niego urodziwa. Pojęcia więc nie mam czym ta „dobroć” i „czystość” się objawiały. Że była durna, więc zawsze mówiła, co myślała i dlatego uchodziła za szczerą? To było to tajemnicze „piękno duszy”? Bleeeh…

Naturalnie, prędzej czy później, musiało jednak dość do jeszcze większej tragedii i Cloe ponownie pada ofiara ataku z ręki psychofanki. Tym razem rana jest na tyle poważna, że dziewczyna musi już na stałe nosić opaskę na oku. Początkowo stara się więc unikać Raya, bo obawia się jego reakcji i faktu, że na 100% straci nią zainteresowanie. (Tak, ich relacja była według niej tak płytka). Ale facet zaskakuje ją kompletnie i obwieszcza publicznie, że od teraz Cloe należy już tylko do niego i każdy, kto podniesie łapę na jego własność, musi za to zapłacić. W efekcie: to MC powstrzymuje w finale swojego love boya, aby nie rozszarpał złapanej sprawczyni. Ale, wiecie, ma dobre serce – więc wybacza wariatce wszystkie przykrości. A przynajmniej w happy endingu, bo w neutral Ray rozprawia się z dziewoją zakulisowo i możemy tylko zgadywać, że pewnie ją zabił.

W drugiej części gry („Lovers Toute”), gdzie Ray i Cloe są już oficjalnie parą, dowiadujemy się, że nie mają żadnych wspólnych hobby. Zombie lubi oglądać romanse, gdy wampir woli filmy historyczne. Dziewczyna zasypia podczas wydarzeń kulturalnych, kiedy blondyn mógłby spędzać każdy weekend w operze i teatrze… Czyli tak, ona jest pustakiem, a on ma różne hobby. Ale nawet nie to martwi Cloe najbardziej, ale fakt, że różnią się znacząco długością życia. Zombie mogą bowiem pociągnąć jako chodzące truposzczaki tylko 400 lat, kiedy wampiry pozostają młode i piękne nawet przez szesnaście wieków. Co więcej, Ray jest już zaręczony z syrenką o imieniu Olivia (która przy okazji będzie chodziła do ich szkoły w drugiej części gry) i jego szlachecka rodzina, nigdy nie zaakceptuje romansu z klasą podległą.

Przez całe 10 rozdziałów obserwujemy więc zmagania parki z wymienionymi problemami, a w sumie to głównie jesteśmy świadkami, jak Cloe użala się nam swoim losem i dalej martwi o urodę. Koniec końców to Ray rozwiązuje bowiem ich główne zmartwienia. Udaje się do wiedźmy Rain i prosi, by w zamian za jego 1000 lat życia, wydłużyła o 100 lat egzystencje zombie. Dzięki temu spędzą razem nieco więcej czasu, a potem razem umrą. Co zaś się tyczy kwestii dziedziczenia majątku… to młody wampir nie jest nią najzwyczajniej zainteresowany. Dochodzi do wniosku, że jak im tak bardzo zależy, to jego rodzice mogą sobie spłodzić drugiego syna. (Widać w Świecie Mroku panuje patriarchat, bo Ray miał przecież młodszą siostrę, ale nie wspomina o niej ani razu w perspektywie zabezpieczenia przyszłości rodu).

W neutralnym zakończeniu dowiadujemy się z kolei, że Olivia nie zamierza odpuścić, bo jako mieszaniec (w połowie syrenka, a w połowie wampir) reprezentuje najgorsze skłonności obu ras: chorobliwą fascynację pięknem i destrukcyjną zazdrość. Proponuje więc, aby Ray nie zrywał zaręczyn (= nie robił kłopotu ich rodzinom), a zamiast tego wziął sobie Cloe na konkubinę. Olivia, już po małżeństwie, nie będzie miała mu tego za złe, bo zombie i tak przecież umrze na długo przed nią, a wtedy Ray będzie już w całości należał tylko do niej… Co więcej, Cloe taki układ również odpowiada. Woli bowiem chwile szczęścia u boku blondwłosego niż obejść się smakiem. Jasssne… Dobry pomysł! Wiedząc jak powalone są syreny w tym świecie, wszyscy możemy zgadnąć, jak naprawdę by to się skończyło. Pewnie jakąś absolutną masakrą, ale co tam Cloe. Lepszy rydz niż nic!

Podsumowując, gdybym przechodziła ten wątek jako pierwszy, to pewnie mocno zaniżyłby mi ocenę całej gry. Ray jako bohater jest strasznie płaski (typowy, arogancki oresama i tsundere mix), ale znacznie bardziej od niego drażniła mnie tutaj MC. W niczym nie różniła się od reszty stada psychofanek. (Nie miała tylko oficjalnej karty członkowskiej). Ciągle martwiła się tylko o urodę, albo była zazdrosna, albo chrzaniła o tym, jak jest niegodna swojego wybrańca-boga, bo różni ich wszystko: majątek, inteligencja, pochodzenie… Co, oczywiście, nie skłaniało jej do pracy nad sobą, ale tylko do użalania się. Mimo wszystko ten wątek był bardziej spójny od np. wątku Shiby, nawet jeśli brakowało mi tamtego lekkiego, zabawnego sposobu prowadzenia narracji czy poczucia zagrożenia ze ścieżki Natsume.

Da się go przejść, ale jest nieco jak krew Cloe – w sensie: nie zabije po wypiciu, ale niesmak pozostanie z nami na długi czas i raczej szybko nie zdecydujemy się na powtórzenie tego doświadczenia.

Plusem było pojawienie się nowych postaci np. siostry Raya – Sarah, która co prawda zachowywała się dosłownie jak każda, archetypiczna dziewczynka-lalka z japońskich gier, ale przynajmniej akcja nie ograniczyła się tylko do szkolnego budynku. Podobało mi się również wyjaśnienie efektu łączenia ras: w sensie, dowiedzieliśmy się, że w 90% przypadkach dziecko z mieszanego związku staje się przedstawicielem gatunku, który jest wyżej w hierarchii, a w 10% przejmuje cechy ich obu. Czyli progenitura Cloe i Raya byłaby prawdopodobnie zwykłym wampirem. (Zastanawia mnie tylko, jakim cudem te słabsze rasy w takim układzie w ogóle istnieją, skoro dochodzi do tak silnej, zupełnie naturalnej selekcji przy krzyżowaniu = zawsze wygrywają lepsze i silniejsze rasy. Ten świat powinien więc być pełen wampirów i syren, a zombie szybko trafiłyby do czerwonej księgi gatunków zagrożonych wyginięciem…).

Miejsce w rankingu: Numer 4. Ciężko było ukończyć ten wątek. Nie byłam w stanie polubić ani Raya, ani MC w tym wydaniu. Najzwyczajniej uważam, że byłoby im dużo lepiej bez siebie. Co jest dość zabawnym stwierdzeniem w przypadku gry otome. 😉

Zobacz też inne recenzje:

Shiba

Nagi

Natsume

All images used in this review belong to © Dramatic Create & HuneX.

I do not claim any right over them and were used on my blog for informational purposes only.

Dodaj komentarz

Translate »
error

Spodobał Ci się blog? Możesz śledzić moje kanały i dać mi o tym znać~! (b ᵔ▽ᵔ)b