Recenzja: Vengeful Heart

Informacje podstawowe:
  • Tytuł: Vengeful Heart
  • Developer: Salmon Snake, Elmo Mustonen, Hanuli
  • Wydawca: Salmon Snake
  • Pełen dźwięk: brak
  • Napisy: angielski
  • Rozszerzenia i powiązane tytuły:
  • Mój czas gry: 6 h
Do kupienia:
Opis fabuły:

Nie będę ukrywać, że Science Fiction to przeważnie nie moje klimaty. Jestem dużą fanką „Gwiezdnych Wojen” i uwielbiam post apokalipsę, ale jakoś nigdy nie ciągnęło mnie do tego gatunku i przez literacką czy filmową klasykę „hard SF” przechodziłam już w dużych bólach. Czemu o tym wspominam? Bo nie uważam się za odbiorcę docelowego tej gry, więc warto to mieć na uwadze, gdy będziecie czytać poniższą recenzję. Stąd do „Vengeful Heart” podchodziłam z pewną dozą podejrzliwości. Czy warto poświęcić te 6-8 godzin życia, na opowieść, która ma duże szanse mi się zwyczajnie nie spodobać? Ano właśnie…

Wyjątkowo też zacznę od strony technicznej, bo muszę przyznać się Wam do czegoś jeszcze. Nie cierpię pixel artu. To nie tak, że nie uważam, by nie dało się z jego pomocą stworzyć czegoś ciekawego. Po prostu moja historia gamera sięga czasów, gdy nie mieliśmy wyboru, więc graliśmy na potęgę w coś, gdzie wiele rzeczy trzeba było sobie w grafice „do wyobrażać”. I teraz albo masz do tego sentyment – bo kojarzy ci się z cudowną młodością i latami, gdy byłeś jeszcze szczupły, przystojny, ale trochę pryszczaty, albo – jak w moim przypadku – cieszysz się, że technologia poszła do przodu i nie po to masz teraz potężne silniki do generowania np. krajobrazu, aby z nich nie korzystać. Dlatego mnie jakoś do tego stylu nie ciągnie i przeważnie nie sięgam po niego, jak nie muszę.

„Vengeful Heart” jest jednak jedną z tych ładniejszych produkcji. Stąd udało mi się pokonać początkową niechęć i przyznać, że taka oprawa wizualna wyjątkowo dobrze pasuje do nieco ponurej, surowej, a zarazem futurystycznej narracji. Osoba, która odpowiadała za backgroundy, zbudowała je z wyczuciem klimatu. Dobrze też prezentują się postacie, które chociaż nie powalają szczegółami, to różnią się od siebie i nie przypominają przypadkowej zbitki pikseli o różnych kolorach włosów, jak to często w grach tego typu ma miejsce. Nie, tutaj antagonista jest dostatecznie „ślizgi”, protagonistka „bohaterska”, a drużynowy osiłek ma nawet amerykański podbródek… Stąd, chociaż postaci jest niewiele, to i tak miło się na nie patrzyło.

Równie pozytywne wrażenie sprawiła na mnie muzyka. Kawałków nie jest dużo, ale i tak fajnie się to wszystko zgrywało i przypominało mi o kilku naprawdę dobrych soundtrackach z cyberpunkowych produkcji. Na liście płac – która notabene strasznie długo trwała, jak na małą indie produkcje – widziałam, że twórcy skorzystali z wielu darmowych efektów dźwiękowych, ale w niczym nie umniejszało to rezultatowi końcowemu.

Wypadałoby zatem przejść do tego, co dla bloga poświęconego visual novel jest najważniejsze – czyli do fabuły. „Vengeful Heart”, na przestrzeni siedmiu -/+ godzinnych rozdziałów opowiada nam historię Josephine Lace, która jest kimś w rodzaju inżyniera hydrauliki i odpowiada za projektowanie rur. A chociaż początkowo może się to wydawać niezbyt pasjonującym zajęciem, to jednak ma kluczowe znaczenie dla przetrwania, bo jak wiadomo – bez wody nie ma życia. Stąd niczym w kultowym „Falloucie” przyjdzie nam się zmierzyć z problemem dostępu do wody i przeciwnikami, którzy mają za sobą potężne korporacje.

Początkowo zresztą Josephine wierzy, że wszystko da się załatwić rozmowami. W końcu całkiem nieźle dogadywała się ze swoim szefem, zaprosił ją nawet na randkę, więc nie ma powodów nie wierzyć, że nie załatwi sprawy polubownie. Niefajnie jednak odkryć, że w twoim budynku nie działają prysznice, bo ma to „zachęcić” mieszkańców do opuszczenia terenu. A już w ogóle trudno było przewidzieć, że pokojowe negocjacje zakończą się rzezią. Josephine jako jedyna z 51 mieszkańców przeżywa masakrę, upozorowaną na atak terrorystyczny, ale odtąd jej serce potrzebuje cybernetyki, aby w ogóle działać. Straciła też kilka miesięcy życia w szpitalu i w zasadzie jest przez świat uznawana za martwą.

Nic zatem dziwnego, że skoro jej pompujący krew organ zastąpił metal, to również osobowość Josephine – z pogodnej, optymistycznej dziewczyny, zmieniła się w zimną, nieufną i mściwą osobę. Tak, odwet na byłym pracodawcy i odmienienie losu mieszkańców, to niby jedyne pobudki, jakie nią kierują. Ale co zrobi Josephine, gdy będzie musiała wybrać pomiędzy uratowaniem przyjaciół a dopełnieniem swojej zemsty?

A chociaż w „Vengeful Heart” mamy wątki romansowe, to są one tylko dodatkiem na drugim planie i w zasadzie wpływają tylko na zakończenie. W rozdziale siódmym staniemy przed wyborem, czy Josephine posłucha przystojnego, ale pacyficznego doktora Norberta, któremu po części zawdzięczała życie, czy może wybuchowej, byłej wojskowej – Rani, która nie ma oporów przed bardziej brutalnymi rozwiązaniami, a z którą bohaterka znała się jeszcze sprzed tragedii? Wybór strategii jest więc zarazem decyzją, która z tych dwóch postaci zdobyła nasze cybernetyczne serce. Stąd aż do praktycznie samego finału, Josephine może sobie bezkarnie flirtować z oboma członkami swojej małej grupki terrorystycznej, których to co prawda, nieco irytuje, ale nie na tyle, by jej na utrzymywanie takiej równowagi nie pozwalali i by cierpliwie nie czekali na swoją kolejkę.

Czy jednak sama fabuła była faktycznie porywająca i gwarantowała akcje, których nie powstydziłby się żądny zemsty Punishier? Niekoniecznie… W sensie, faktycznie sporo się tam działo, były intrygi, były walki, były strzelaniny. Mniej lub bardziej udane plany, ale mam wrażenie, że twórcom najzwyczajniej nie starczyło czasu, aby to wszystko zgrabnie poprowadzić. Wiecie, te kilka rozdziałów to jednak za mało, aby wiarygodnie nakreślić przyjaźnie i animozje, o wciągających romansach nie wspominając. Dlatego Josephine przechodzi bardzo szybką i miejscami aż zaskakującą ewolucję: z zastraszonej i nieśmiałej korposzczurzycy w wojowniczkę o wolność i sprawiedliwość, której nie powstrzyma żadna cena, jaką musiałaby zapłacić. Dostrzegam w „Vengeful Heart” potencjał na scenariusz stricte filmowy, ale przy obranym przez twórców medium bardzo trudno jest udźwignąć taki typ historii. W efekcie pojawia się sporo pójścia na skróty i rozwiązań w stylu deus ex machina – ot, chociażby Rani, cudownie, bo z gazetki studenckiej, dowiaduje się, że jej przyjaciółka ocalała z rzezi. Bojownikom z nieba spada również kryjówka. Stąd mogą sobie spokojnie czekać i wodzić wrogów za nosy. A przecież w tym świecie bezwzględne korporacje powinny trzymać wszystkich w garści.

Miałam też trochę problem ze zrozumieniem światopoglądu Josephine. Wydawała się dość ważną osobą w swojej firmie. A przynajmniej do tego stopnia, że chcieli dać jej awans i powierzali przygotowanie prezentacji dla inwestorów… ale gdy tylko celem „czyścicieli kamienic” padł jej własny budynek, czyli sprawa stała się personalna, to nagle bohaterce spadły klapki z oczu i zaczęła dostrzegać wszędzie zło. Trudno było mi uwierzyć w taką naiwność i w to, że niby wcześniej nie miała żadnych podejrzeń, co się dzieje. Przecież pracowała w tym biznesie, więc to całe przeświadczenie, że „dostęp do wody to nie przywilej, ale twoje prawo” pojawiło się dosłownie znikąd. Sami współpracownicy również mogli jej szybciej zaproponować jakieś rozwiązanie tej niedogodności, a nie posuwać od razu do morderstwa.

Przechodząc zatem do podsumowania, to gra najbardziej broni się oryginalnością i wykonaniem technicznym. Rzadko kiedy w gatunku visual nowel trafia nam się 100% cyberpunk, a na dodatek wykonany w ciekawym retro stylu. I to takim, który nie wynika z oszczędności w budżecie, ale poważnie służy budowaniu klimatu. Nie jestem jednak przekonana w jakim stopniu dacie się zaciekawić historii. To jedna z tych, które nazywam, tak trochę po szkolnemu, „poprawnymi”, ale nie czyni to z nich opowieści, do których chce się wracać, czy o których w ogóle się po jakimś czasie pamięta. A szkoda, bo myślę, że akurat sporo rzeczy dałoby się tu w miarę łatwo podreperować. Niestety, tak to już z tytułami indie bywa, że twórcy często muszą iść na kompromisy, by w ogóle ukończyć swoją grę. Dlatego nie powiem „nie”. „Vengeful Heart” to przyjemna visualka, ale taka, która trafi raczej do fanów cyberpunku czy old-schoolowej stylistyki – bo to jej najmocniejsze punkty.

(Btw. a jakby komuś problem poruszony w grze wydawał się zbyt abstrakcyjny, to warto przypomnieć o aferze z firmą Nestlé – która zresztą słynie z takich niehumanitarnych akcji – i wypowiedzi ich przedstawiciela: “There are two different opinions on the matter [or water]. The one opinion, which I think is extreme, is represented by the NGOs, who bang on about declaring water a public right. That means that as a human being you should have a right to water. That’s an extreme solution.” – do czego twórcy gry ładnie nawiązali. Więc tak, korporacje tego typu istnieją i jako konsumenci powinniśmy dokonywać świadomych wyborów).

Za egzemplarz gry do recenzji dziękuję wydawcy Salmon Snake.


Plusy:

+ Oprawa wizualna i muzyka w stylu retro;

+ Dwa zakończenia i mini-romanse;

+ Extrasy z komentarzami twórców.

Minusy:

– Fabuła wydaje się poprowadzona w pośpiechu;

– Tylko jeden wybór w całej grze;

– Element słabnącego serca Josephine (widocznego w rogu ekranu) nie miał żadnego odbicia w mechanice gry.

Solucja:

W rozdziale 7 wybierz:

  • Agree with Norbert and fall back, trying to avoid unnecessary deaths. = Norbert Ending.
  • Agree with Reni and avenge the innocents who died. = Reni Ending.

All the videos, logos, images, and graphics used on the blog belong to ©Salmon Snake, Elmo Mustonen, Hanuli.

I do not claim any right over them and were used on my blog for informational purposes only.

Dodaj komentarz

Twój adres email nie zostanie opublikowany. Pola, których wypełnienie jest wymagane, są oznaczone symbolem *